poniedziałek, 22 października 2012

Zestaw Naim XS – wzmacniacz Nait XS oraz odtwarzacz CD5 XS







Wstęp
Prawdopodobnie, kiedy każdemu audiofilowi wymienić nazwę kraju „Wielka Brytania”, od razu do głowy przychodzi mu całe mnóstwo pozytywnych skojarzeń ze sprzętem audio. Począwszy od takich marek jak Linn, Spendor, Harbeth, ATC, Cyrus, Tannoy, SME i PMC, poprzez Rega, Creek, Audiolab, KEF, czy Musical Fidelity, a kończąc na Roksan, Arcam i Mordaund-Short oraz Cambridge Audio i Naim, naturalnie. Tak, Wielka Brytania, pod tym względem, jest prawdziwą potęgą w świecie audio-stereo. W latach 60-tych, 70-tych i 80-tych XX wieku wykuwało się mnóstwo brytyjskich marek audio. To wówczas powstały Harbeth, Linn, Creek, Rega, SME, Arcam, Cyrus, czy właśnie Naim.

Wiele powyższych firm ma obecnie już status kultowych lub legendarnych, a ich produkty są obiektem pożądania wielu melomanów – choćby duże monitory Harbeth, gramofon Linn Sondek LP-12 lub kolumny Tannoy Glenair. Sprzęt audio-stereo z Wielkiej Brytanii ma to, czego wielu innych producentów nie ma i nigdy nie będzie miało – brytyjski prestiż, wyspiarski styl i klasę, a także wysoką jakość - połączone w jednym miejscu, w konkretnym urządzeniu. One mają audiofilską duszę. Nie inaczej jest i w przypadku firmy Naim - jest kultowa, ma ciekawą historię i produkuje sprzęt audio najwyższej próby jakościowej i dźwiękowej.

Naim Audio
Przedsiębiorstwo istnieje od 1973 roku, zlokalizowane jest w angielskim mieście Salisbury. W 2011 roku Naim Audio zostało przejęte przez francuską firmę Focal - JMLab.

Generalnie patrząc na ofertę Naim, jest ona niezwykle rozbudowana – dostępnych jest około 60 pozycji pogrupowanych w różnych kategoriach klasowych oraz cenowych, od flagowej serii 500 do średnio-budżetowej 5i, od analogu do cyfry, od odtwarzaczy sieciowych do kolumn głośnikowych. Są tu także systemy nagłośnieniowe dla samochodów Bentley, czym firma szczególnie się szczyci. Naim to także liczący się wydawca muzyki – posiada swoje studio nagrań i wytwórnię płyt „Naim Label”, dla której nagrywa słynny gitarzysta Antonio Forcione, grupa Acoustic Alchemy, czy Dominik Miller lub zespół Phantom Limb. Nie trzeba, zdaje się dodawać, że firma ma własny sklep internetowy z muzyką, skąd można pobrać (za opłatą) pliki hi-res lub po prostu kupić zwykłą płytę CD. Zwykłą płytę, ale o wysokiej, referencyjnej jakości nagrania.

Seria XS to druga „od dołu” propozycja w katalogu firmy Naim. Oprócz tu opisywanych wzmacniacza zintegrowanego Nait XS oraz odtwarzacza płyt CD5 XS, przynależą także do niej między innymi tuner NAT05 XS, zasilacz FlatCap XS, odtwarzacz sieciowy ND5 NS, a także dwa przedwzmacniacze oraz końcówka mocy.

Opisywany zestaw Naim XS został wypożyczony z salonu audio Premium Sound w Gdańsku.

Budowa oraz wrażenia ogólne
Komplet Naim XS zbudowany jest typowo po angielsku. I to dosłownie. Obowiązuje, panuje tu „ruch lewostronny” – no może nie wszędzie, ale ten na pewno zwraca od razu uwagę, kiedy użytkownik sprzętu Naim próbuje przyłączyć kable głośnikowe do wzmacniacza. Bo lewy głośnik przyłącza się tu do prawej pary zacisków głośnikowych, a prawą kolumnę do lewej pary zacisków. W ten sposób zachodzi konieczność krzyżowania kabli z tyłu urządzenia. Ciekawa koncepcja. Można ją obejść (w przypadku niechęci krzyżowania kabli głośnikowych) za pomocą odwrotnego przyłączania sygnału do wzmacniacza, czyli lewy kanał np. z odtwarzacza CD5 XS  do prawego w Naim Nait XS, prawy do lewego i tak dalej. Takich oryginalnych rozwiązań jest tu oczywiście więcej. Nie ma tu także „normalnych” terminali głośnikowych – ich rolę pełnią po prostu „otwory” w obudowie otoczone małym plastikowym pierścieniem czerwonym lub czarnym. Inżynierowie Naim uważają, że taki sposób montowania zacisków (?) głośnikowych jest najlepszy dla dźwięku. W związku z powyższym, aby podłączyć głośniki trzeba użyć (po stronie wzmacniacza) końcówek kabli zaopatrzonych w tzw. banany. Inna wersja wykluczona.




Szczególną troskę brytyjscy konstruktorzy poświęcili izolacji gniazd sygnałowych i innych od masy obudowy. Z tym, że są to gniazda typu pięcio-bolcowe DIN, klasyczne i dla reszty świata - w zasadzie historyczne, bo już nieużywane od lat. A u Naima z powodzeniem wciąż implementowane. I nie bez racji, warto dodać. Bo tak, jak przed chwilą wspomniałem, są one całkowicie izolowane od masy obudowy – są montowane na listwie umieszczonej wewnątrz sprzętu, DINy nie stykają się z obudową – w miejscu ich wyprowadzenia na zewnątrz obudowa jest odpowiednio wycięta. Dlatego Naim zaleca łączyć swoje urządzenia wyłącznie kablami DIN. Poza tym zacisk DIN oprócz przewodzenia sygnału, ma też inne zadanie – jeden z jego bolców odpowiedzialny jest za uziemienie. Oczywiście, sprzęt Naima posiada też gniazda RCA – te jednak nie są izolowane od obudowy urządzeń. Jednakowoż zewnętrzne wyjście przedwzmacniacza i końcówki mocy w Naim Nait XS połączone są zworką typu DIN. Opcji RCA – brak. I bardzo dobrze. Mówiąc szczerze, taka logika bardzo mnie przekonuje i to dobrze, że pod tym względem Naim jest aż tak konserwatywny (podobnie zresztą jak i Linn).








Co do wnętrza, to niezwykły jest gigantyczny transformator toroidalny wzmacniacza – nie dość, że zajmuje nieomal połowę jego objętości to jest jeszcze przytwierdzony „na luźno”, a nie sztywno. Kiedy potrząsnąć wzmacniaczem - słychać lekki klekot. Taki sposób montażu ma zmniejszać ewentualne wibracje. Toroid ma moc 380 Wat, przy deklarowanej mocy wzmacniacza Nait XS zaledwie 2 x 60 Wat przy 8 Ohm. Te liczby mówią wiele o potencjale prądowym – moc impulsowa może być gigantyczna.

Pozwolę sobie nie opisywać wszystkich elementów budowy kompletu Naim Nait XS i CD5 XS – są one dostępne w sieci. Napiszę jeszcze kilka słów o wrażeniach ogólnych.

Jak prezentuje się zestaw Naim Nait XS plus CD5 – każdy widzi. Tak, jak są tradycjonalistyczne gniazda w Naim oraz podejście do sprawy zasilania, tak samo i ortodoksyjna jest estetyka wizualna. Od lat niezmieniana, a raczej tylko lekko korygowana. Naim to zawsze duże firmowe logo (podświetlane na zielono) umieszczone na panelu przednim. Wieczorem wygląda to więcej niż fascynująco – hipnotyzująco wręcz. Lewa strona panelu to regulator głośności we wzmacniaczu oraz szuflada na płytę – w odtwarzaczu CD. Oczywiście, szuflada otwierana (i zamykana) ręcznie – żadnej mechaniki. Po jej otwarciu, płytę kompaktową nakłada się na napęd, a następnie przykrywa krążkiem z magnesem. I zamyka. To coś w stylu odtwarzaczy CD typu „top-loader” (np. Musical Fidelity A1 CD-PRO), ale bez wkładania płyty od góry obudowy, a ze strony jej frontu. Zresztą, moim zdaniem, rozwiązanie takie jest bardzo funkcjonalne i niekłopotliwe w użytkowaniu.

Wracając do panelu przedniego. Prawą jego część zawsze zajmują przyciski funkcyjne – guziki te naciśnięte stawiają dostojny lekki opór i momentalnie zapala się pod nimi zielone firmowe światełko. Piękna rzecz. Podświetlenie zarówno przycisków, logo „Naim”, wyświetlacza odtwarzacza CD można modyfikować lub całkowicie wyłączyć.

Warto jeszcze dodać, że wzmacniacz przyłączony do sieci, nagrzewa się przez kilkanaście sekund i dopiero po tym czasie zaczyna grać, jest gotowy do pracy.

Pilot zdalnego sterowania wykonany jest z plastiku. Za jego pomocą można obsługiwać wszystkie funkcje zestawu, a także i w dedykowanym tunerze radiowym. Sterowanie jest proste, ale wymaga trochę nauki, a także przyzwyczajenia, bo też jest nietypowe. Na przykład, by obsłużyć CD trzeba najpierw wybrać owe źródło (pilotem, oczywiście) we wzmacniaczu, a następnie przycisnąć guzik „CD” na pilocie, by sterować odtwarzaczem. Urocza sprawa.

Ogólnie, design Naima bardzo mi się podoba, przypada do gustu. Jest oszczędny stylistycznie, ale niewątpliwie piękny w swej skromności i prostej logice funkcjonalności.











Dźwięk
Na początek przesłuchałem winyl Davida Bowiego „The Rise and Fall of Ziggy Sturdust and the Spiders from the Mars”, remaster z 2012 roku (test TU). Gitara basowa Trevora Boldera zabrzmiała dostojnie i bardzo realistycznie – jej struny wręcz porażały dosadnością i mocą obecności. Do tego ich stan skupienia był nieprawdopodobnie gęsty, z fascynującym poczuciem realnego grania, a nie jego odtworzenia z płyty. Z kolei wokal Bowiego wydał się wspaniale wycięty z przestrzeni i zogniskowany w jednym miejscu, solidnie podkreślony i wybornie kolorowy, z intrygującą teksturą. Sam dźwięk winylu był nisko schodzący, nieprawdopodobnie masywny („mięsisty”) z olbrzymią dynamiką. Szokująco dużą dynamiką, trzeba podkreślić. Uderzenia pałeczek w perkusję były solidnie atakujące oraz z odczuwalnym dużym bitem. Natomiast gitary miały niesłychanie rozwibrowane struny, więcej niż zdyscyplinowane i rytmiczne – fascynujące. Niewyobrażalnie dźwięczne.

Potem przyszła pora na płytę CD z kompilacją muzyki etnicznej z dominacją hinduskiej „Doosha Project” (Sony Polska – 2006 r.). Tu rzecz miała się podobnie jak poprzednio. Nieprawdopodobnie skupiony, ciężki dźwięk, lecz jednocześnie z wyborną lekkością.  Pasmem, które najbardziej (i najwcześniej) dało o sobie znać były basy. Ale jakie basy! Stan nasycenia niskich tonów był niezwykle gęsty i sprężysty. Mówiąc szczerze, dawno nie słyszałem tak wysokiej jakości tego zakresu, no chyba, że były to konstrukcje o wiele, wiele droższe. Grupa wokalna z Republiki Tuwa (Federacja Rosyjska) - Huun-Huur-Tu zaśpiewała swymi nosowo-krtaniowymi (gardłowymi) alikwotowymi głosami tak realistycznie, że miałem silne wrażenie bycia na ich prawdziwym koncercie. Ich śpiew był bliski i wiarygodny. Aksamitnie gładki i niepopadający w szorstkość, ostrość. Dobrze zróżnicowany.

Gdybym w tym miejscu zakończył opis, Drogi Czytelnik pomyślałby, że testowany zestaw Naima jest doskonały i całkowicie bez wad. A tak nie jest. Pierwszy kontakt sensoryczny jest tu bardzo fascynujący, emocje wielkie, a dźwięk rozległy i spektakularny. Żywy i dynamiczny. Tłusty i kaloryczny, można rzec. I co ważne, ta dynamika i emocje idą w parze – po drodze im z poczuciem tempa i ruchu; można zaryzykować sformułowanie dla właściwego opisania tego zjawiska - „wierna rytmiczność”. Zaś dźwięk instrumentów i wokale są odbierane jak prawdziwe – wyodrębnione każdy z osobna i kreślone niczym na koncercie. Po prostu wspaniale.

Niestety, pomimo tego, że scena jest bardzo szeroka, rozległa i sięgająca daleko poza linię kolumn, to można ją nazwać płaską lub spłaszczoną. Głębia sceny jest mocno ograniczona – większość źródeł pozornych znajduje się na przedzie, blisko. Dalsze plany są trudne do uchwycenia. Oświetlenie tyłu sceny jest umiarkowane, bo to śródpole jest głównym królestwem Naima. Często miałem wrażenie, jakby ktoś włączył hipotetyczny przycisk „surround”, a nawet „loudness”. Dźwięk jest niezwykle bogaty i wiarygodny, ale przesunięty do przodu. Może to przeszkadzać, ale można też przyzwyczaić się do tej maniery – jeżeli taka definicja przekazu komuś przypadnie do gustu, to na zawsze pokocha Naima, a w zasadzie jego firmowy styl grania. Natchniony, lecz napompowany. Taka jest cena kompromisu pomiędzy wiarygodnym dźwiękiem, a jego rozciągnięciem w głąb i przy (relatywnie) umiarkowanej cenie zestawu.

Idąc dalej a propos dźwięku. Do powyższego opisu należy dodać także odczuwalny mniejszy błysk instrumentów na wysokich rejestrach, umiarkowaną rozdzielczość sopranów - walutą jest tu namacalne ciepło, ale nie przesadna szczegółowość. Analizowanie dźwięku, pochylanie się nad każdym tonem, czy mikro-tonem nie jest w stylu Naima. Detale słabiej odciskają się na czarnym, dalekim tle. Tu jest raczej ogólne nakreślenie dźwięku, jego wiarygodna obecność, a nie lupa powiększająca – Naim nie wyciąga na zewnątrz szczegółów i szczególików, nie podkreśla złych realizacji dźwiękowych (nagrań), a te rewelacyjne nieco spłaszcza. Uśrednia.

Konfiguracje
Zestaw Naima przyłączałem do trzech par kolumn: monitorów PMC Twenty.21 oraz Divine Acoustics Alya, a także do podłogówek Vienna Acoustics Mozart Grand.

Vienna Acoustics Mozart Grand to kolumny lubiące dużo watów dostarczanych ze wzmacniacza – im więcej, tym lepiej dla ich pełnego wysterowania. Wiele wzmacniaczy nie udźwignęło tego zadania w całości, a kilka poległo. Naim Nait XS mimo, że dysponujący zaledwie mocą 2 x 60 Wat opanował w całości prądożerne wiedeńczyki, nadał im swój ton i rytm. Ujarzmił bez problemu. Wspaniale napełnił basem i wielokolorową średnicą, nie zapominając o wysokich tonach. Rewelacja, choć przy głośniejszych odsłuchach ta magia ginęła. Dodatkowo, przestrzeń rysowana była horyzontalnie i wertykalnie, a nie w głąb. To raczej 2D, a nie 3D.

Co do monitorów PMC Twenty.21 to dokładniej je opisałem TUTAJ, a Divine Acoustics Alya TUTAJ. Na podstawie tych obserwacji mogę napisać, że wzmacniacz Naim Nait XS radzi sobie wyśmienicie z różnymi kolumnami, nie jest wybredny, czy trudny przy wyborze głośników.









Konkluzja
1. Zestaw Naim XS – wzmacniacz Nait XS oraz odtwarzacz CD5 XS to solidna budowa, znakomite materiały użyte do konstrukcji, a także ortodoksyjne podejście do zasilania, przesyłu sygnału (gniazda DIN). „Lewostronny” sposób podłączenia głośników.

2. Konserwatywna brytyjska szkoła designu oraz definicji dźwięku - do przesady poprawna, ale ze swoją charakterystyczną manierą – dużej ekspresji, mocnego bitu, bardzo rozbudowanej komunikatywności w średnicy, przy jednoczesnym zdystansowaniu krzykliwości, zbytniej przesadzonej ekspresji. Bogactwo barw i pogłosów.

3. Wybitna dynamika, scena pozorna niezwykle szeroka, ale z ograniczoną głębią, a nawet jej brakiem. Dźwięk silnie wypchnięty do przodu, przez to odbierany jest jako bliski i wiarygodny, ale też i płaski. Liniowy. Zestaw Naim nie jest mistrzem ukazywania szczegółów nagrań, nie jest analityczny.

4. Wzmacniacz Naim Nait XS nie jest wymagający, co do przyłączanych kolumn – w teście bez problemu wysterował każdą parę, choć nie jest mistrzem głośnego grania, a do średnich pułapów natężenia dźwięku.

5. Czy Naim Nait XS oraz Naim CD5 XS to dobry sprzęt hi-fi? Tak – to wybitny komplet, trzeba jednak lubić firmowy styl gry. Jedno jest pewne, Naim to marka, którą można tylko nienawidzić lub uwielbiać. "Kochaj albo rzuć" - innych, pośrednich opcji - brak.

Sprzęt używany podczas testu
Wzmacniacze: Amplifikator G (test TU), Hegel H100 (test TU) oraz Dayens Ampino (test TU).
Źródła cyfrowe: odtwarzacze CD Musical Fidelity A1 CD-PRO, komputer MacBook Apple, a także przetwornik cyfrowo-analogowy Matrix Quattro DAC (test TU).
Źródła analogowe: gramofon Clearaudio Emotion oraz magnetofon kasetowy Nakamichi Cassette Deck 1, a także Referencyjny Tuner UKF FM Amplifikator.
Przedwzmacniacz gramofonowy: PreAmplifikator.
Kolumny: Vienna Acoustics Mozart Grand, PMC Twenty.21 (test TU), Divine Acoustics Alya (test TU) oraz Usher S-520.
Okablowanie: Audiomica Laboratory oraz Ear Stream, a także Oyaide Tunami Terzo RR (test TU).
Akcesoria: panele akustyczne Vicoustics Wave Wood (10. sztuk) - (test TUTAJ), platforma antywibracyjna Rogoz-Audio3SG40 (test TU) pod gramofonem, stopy antywibracyjne Rogoz-Audio BW40 (test TU) pod wzmacniaczem Hegel H100, stoliki audio Ostoja T3 oraz VAP, standy pod monitory VAP, a także akcesoria firmy Sevenrods – zatyczki do gniazd RCA oraz jumpery do terminali głośnikowych kolumn (testy TU).

Dane techniczne
Dostępne na stronie firmowej Naim Audio: TUTAJ.



3 komentarze:

  1. Który lepiej brać. Tego Naima Xs czy Rega Elicit-r?

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzecz gustu. Mi bardziej odpowiada Rege Elecit-R.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeszcze jedno pytanie.
    Elicit-R ma impedencję 8 ohmów.
    Mam okazję kupić taniej głośniki Spendor A5R gdzie w specyfikacji jest ohmów 6 lub B&W CM9 w których mam 4 ohmy. O co w tym chodzi Panie Ludwiku?
    Czy głośniki te spasują z Regą?

    OdpowiedzUsuń

Komentarz będzie oczekiwać na moderację