S

S

MA

Planeta Dźwięku

Premium Sound

Polpak

wtorek, 18 września 2012

Wzmacniacz lampowy Ming Da MC368-BSE







Wstęp i kilka słów o zawiłościach biznesowych
Firmę Meixing Ming Da opisywałem szerzej przy okazji testu modelu MC34-A TUTAJ, powtórzę jedynie więc, że jest własnością rodzinną, prowadzona przez pana Jigui Xiao, który jest nie tylko jej prezesem tytularnym, ale przede wszystkim wielkim zwolennikiem dobrego dźwięku, a szczególnie techniki lampowej. Zajmuje się osobiście projektowaniem nowych urządzeń, wdrażaniem ich do produkcji, montażem (a przynajmniej nadzorem nad tym procesem), kontrolą, a także, w co trudno Europejczykowi uwierzyć (i zrozumieć) – wysyłką towaru do poszczególnych klientów. Taka to jest azjatycka mentalność.

Po prawej stronie zdjęcia - pan Jigui Xiao (źródło Meixing Electronics Factory)

Jak wspomniałem, niedawno testowałem Ming Da MC-34A (TU), a następnie też - Ming Da MC-84A (TU). To są podstawowe modele wzmacniacze w firmowej ofercie, która jest znacznie szersza, bo zawierająca około 50. pozycji – uwzględniając w tym nie tylko wzmacniacze, ale też odtwarzacze płyt CD, kolumny głośnikowe, przedwzmacniacze słuchawkowe i gramofonowe, czy odtwarzacz plikowy (serwer muzyczny) oparty zresztą o lampy elektronowe i jeszcze kilka innych urządzeń. Jest naprawdę w czym wybierać. Do Polski krajowy dystrybutor Tubeaudio.pl importuje na razie bezpośrednio ze sklepu fabrycznego Meixing 4. pozycje (tzn. te są w stałej ofercie, bo pozostałe modele dostępne są na zamówienie) – oprócz tu opisywanego, dwóch już opisanych przeze mnie, także i Ming Da MC-300 – z lampami 300B. Kiedy popatrzeć na ich polskie ceny od około 2000 zł za najtańszy wzmacniacz, do około 5000 zł za najdroższy, wydaje się z pozoru, że są to sprzęty mocno budżetowe lub najwyżej ze średnio-budżetowego pułapu hi-fi. Ale tu ten pozór jest mylący, bo nie są to polskie ceny, a chińskie, a do tego pozbawione marży wielu pośredników, dystrybutorów, sklepów i czego tam jeszcze. Stąd ceny są jakie są, czyli niskie. I bardzo dobrze! Nawiasem mówiąc, opisywana Ming Da w Wielkiej Brytanii kosztuje …11 000zł (TU).

Natomiast są także firmy quasi-europejskie (lub szerzej - quasi-zachodnie) jak na przykład Prima Luna (z adresu formalnie holenderska TU), Raysonic (Kanada), Pure Sound (Wielka Brytania), Mysteree Audio (Holandia), czy Fatman (Wielka Brytania), a w rzeczywistości cały ich montaż (lub prawie cały) odbywa się w Chinach Ludowych, a zachodni jest tylko emblemat, logo lub marka, jak kto woli. I naturalnie – cena! Idąc dalej, Fatman Audio to w dużej części rebranding Dared Audio (TU), a Pure Sound – chińskiego Bewitch Audio. Zresztą takich przykładów jest masa, zresztą sama Ming Da też posiada europejskiego „opiekuna” – Icon Audio (TU). W uzupełnieniu dodam, że nie uważam powyższego procederu za zły, czy nie moralny, bo wszystko mieści się w ramach zwykłego biznesu i jego światowego swobodnego przepływu, myślę jednak, że warto o tym pisać, dla większej orientacji potencjalnego nabywcy danego sprzętu.

Jak Drogi Czytelnik widzi, tu sprawa nie jest jednoznaczna, prosta, a wręcz odwrotnie – zawiła. I trudna do rzeczywistego osądu, które urządzenie jest obiektywnie lepsze – to droższe i „dotknięte” europejską ręką, czy to natywnie chińskie i tańsze. Moim zdaniem wybór jest oczywisty, a obecna fala nowego chińskiego hi-fi reprezentuje poziom o wiele wyższy, niż ta dawna – sprzed około 10 lat. Zaś postęp w konstrukcjach audio, ich solidności i bezawaryjności jest gigantyczny.

Opisywany wzmacniacz został wypożyczony od polskiego dystrybutora marki Ming Da - firmy Elektropunkt.pl.

Wrażenia ogólne oraz budowa
Ming Da MC360-BSE reprezentuje styl przynależny także dla modeli np. MS300-A, MC34-AB, czy MC3008-AB SE. Uproszczając, jest to forma płaskiego urządzenia, do którego w jego rogach przymocowano wielkie nóżki (i zintegrowane z chassis obudowy), a które mają oprócz oczywistej funkcji utrzymywania sprzętu w stabilnej pozycji, także znaczenie estetyczne, bo nadają swoistej elegancji i galanterii. Wintadżowego szyku. Taki styl może się podobać lub nie, lecz niewątpliwie dobrze koresponduje z formułą retro amplifikacji lampowej.
Obudowa wykonana jest z grubych blach stalowych malowanych proszkowo grubym lakierem z błyszczącymi drobinkami lub w kilku miejscach, jak na górnej pokrywie – anodyzowanej na czarno. Panel przedni przyozdobiony jest dwoma wskaźnikami wychyłowymi VU (podświetlanymi), które falują wraz z rytmem muzyki. Efektownie to wygląda – szczególnie po zmroku. Oprócz wymienionych wskaźników, z przodu znajdują się jeszcze dwa regulatory. Pierwsza gałka służy do wyboru źródła (4), a druga to potencjometr wzmocnienia. Załączony w komplecie pilot zdalnego sterowania wykonany jest z metalu, a jego funkcjonalność ogranicza się do trzech możliwości wyboru: 1. ciszej,  2. głośniej. 3. wyciszenie (mute). Brak funkcji wyboru źródła z poziomu pilota.
Z tyłu zamontowano 3. pary terminali głośnikowych a’la WBT – są tu odczepy 4 Ohm, 8 Ohm i 0. Warto zaznaczyć, ze zastosowane gniazda wejściowe RCA (4. pary) są wysokiej jakości, znacznie wyższej niż w wielu znanych mi sprzętach hi-fi. Można napisać, że luksusowe. Z tyłu znajduje się jeszcze gniazdo IEC – 230 Volt i kilka metek z chińskimi literami.
Bardzo korzystne wrażenie estetyczne wywiera rząd dużych lamp KT90, wysokich na około 12 cm, a pochodzących z chińskiej firmy Jinvina (obecnie część Psvane-Shuguang) osadzonych mniej więcej w centralnej części pokrywy. Tuż przed nimi sterczą (a rozstawione po bokach) wielkie cebule lamp 6SN7 - też Jinvina. Te z kolei, frapują nie tylko kształtem, ale także i emaliowanymi na biało podstawami. Urodziwie to wygląda i ładnie kontrastuje z czernią anodyzowanej pokrywy. Pomiędzy „cebulami” spoczywają jeszcze dwie małe triody 12AX7 układu przedwzmacniacza.
Tył wierzchniej pokrywy zajmują trzy olbrzymie puszki transformatorów, środkowa dodatkowo ozdobiona złoconą płytką z firmowym logo. Środkowy transformator to sieciowy, a dwa po boku – wyjściowe dla lewego i prawego kanału.
Wzmacniacz może pracować w dwóch trybach: triodowym oraz ultralinearnym, zwanym też pentodowym (nie do końca słusznie). W triodowym produkuje 2 x 40 Wat, a w ultralinearnym – 2 x 75 Wat. Odpowiedni przełącznik hebelkowy znajduje się u prawego boku, a obok jest także włącznik/wyłącznik sieciowy.
Ming Da MC368-BSE waży 35,5 kg. Sporo. Pobór mocy – 250 Wat. Dużo.
I jeszcze jedna uwaga – nie udało mi się rozszyfrować cyfr w nazwie MC368-BSE - nie koresponduje to z żadnym rodzajem użytych lamp. BSE mogę sobie wytłumaczyć jako skrót od Black Special Edition, ale pewności nie mam.

Wnętrza przedstawia nieomal referencyjny klasyczny montaż "point to point" przy zastosowaniu drutów oraz przewodów miedzianych lub srebrnych, izolowanych teflonem. Układ jest czysty i logiczny. Dobrze przemyślany. Jedyna niewielka płytka drukowana odpowiedzialna jest za zdalne sterowanie. Zastosowane komponenty są wysokiej próby i pochodzą od renomowanych producentów. Zresztą tu słowa są zbędne - wystarczy zdjęcie (zamieszczone na końcu poniższej serii).


























Dźwięk
Wiele wzmacniaczy lampowych, szczególnie tych z pułapu budżetowego, przy pierwszym odsłuchu zaskakuje czarującym, słodkim dźwiękiem, rozbudowanym, ale i jednocześnie, po bliższych odsłuchach -  mało detalicznym. Bez wyostrzonych lokalizacji instrumentów. Mało szczegółowo. Innymi słowy, za tzw. lampową słodyczą, często ukrywanych jest dużo mikro-dźwięków, które są niewidoczne za ową kotarą z „waty cukrowej”. W Ming Da MC368-BSE ta sprawa ma odmienne oblicze. Wzmacniacz od pierwszych chwil urzeka przepiękną barwą, dużą soczystością dźwięku i pełnym, spektakularnym przekazem, ale także niezłą rozdzielczością jak na urządzenie skonstruowane na lampach elektronowych. Bardzo zwraca uwagę przezierność dźwięku, jego transparentność – instrumenty słyszalne są jasno, z dużą ostrością soczewkowane na swoich miejscach, poukładane z wielkim pietyzmem. Wiarygodnie i z obfitą dynamiką. Czuć, że ma się do czynienia z urządzeniem, które sporo potrafi, ma wielki potencjał, choć reprezentuje typowy dźwięk lampowy w dobrym znaczeniu tego słowa. I klasowy, warto dodać.

Jak napisałem, Ming Da ma spektakularny styl gry, ale nie jest on przygniatający, zbyt obfity. Raczej właściwym określeniem będzie tu „żywy”, czyli „live”, bo przypominający swą realnością koncert. Sprzyja temu zjawisku duża namacalność (mięsność, jak to niektórzy piszą) dźwięku, realna ułuda obecności instrumentów oraz wokalistów. Ich umiejscowienie na scenie jest dokładnie przyporządkowane, a sama przestrzeń szeroka i wybornie pogłębiona, co przynosi doskonałe efekty przy słuchaniu dobrze zrealizowanych nagrań, bo odczucia te potęgują się przy lepszym zapisie, źródle. W prezentacji znajduje się zaskakująco dużo mikro-wybrzmień i subtelności. Ming Da imponuje także sporą precyzją reprodukcji barw i rozmiarów instrumentów.
Kiedy David Sanborn zadął w swój saksofon altowy (na płycie „Here and Gone” Decca – 2008 r.) jego dźwięk był pięknie osadzony w przestrzeni, wyraźnie pochodził z miejsca, gdzie znajduje się ujście czary, a następnie realistycznie rozpraszał się w przestrzeni. Autentycznie i powabnie. Czuć było jego wibracje i kolorystykę. Świetnie było słychać uderzenia miotełek na talerzach Zildijan i to pomimo faktu, że stanowiły one jedynie dalekie tło. Z kolei, wokal Erica Claptona (na tym samym albumie) był ładnie wykrojony w przestrzeni, brzmiał charyzmatycznie i mocno. Koherentnie. Był też dość bliski – tuż na wyciągnięcie ręki. Co ważne, w dźwięku nie było utwardzenia ataku, a barwy podawane są płynnie, naturalnie, lecz i ochoczo. Skraje pasm, lekko wycofane, lecz ogólny zakres przenoszonych częstotliwości był, bez wątpliwości, szeroki. Balans tonalny wyrównany, bez zbędnych upiększeń, słyszalnych podkolorowań.
Górny zakres fortepianu Torda Gustavsena na płycie „Being Here” ECM (2006 r.) zabrzmiał doskonale dźwięcznie, a cały jego przekaz był nie tylko plastyczny i kolorowy, ale także mocny i wspaniale rozdzielczy. Pełny i substancjonalny. Precyzyjny i muzykalny. Całkowicie angażujący. Zakres tonalny dźwięku fortepianu mieści się głównie w średnicy, więc sposób jej budowy ma istotne znaczenie dla jego dźwięku. Testowany wzmacniacz ma dużą umiejętność swobodnego zapełniania tego zakresu gęstym dźwiękiem. Esencjonalnym.

Przy całej powyżej opisywanej pięknej barwie i kolorystyce dźwięku Ming Da nie zapomina także i o jego rytmiczności, a także reprodukcji basów. Zresztą te dwa elementy zazwyczaj są wzajemnie od siebie uzależnione, muszą więc być w korzystnych relacjach fazowych. Tu są czyste i czytelne. Niskie tony są dobrze kontrolowane, choć obszerne i lampowo pulchne, o atletycznych kształtach, to zwarte i sprężyste, bez cech zbytniej płynności, poluzowania. Ładnie ciągliwe, ale nieciągnące się. Podawane w dobrym pulsie – szybkim i rytmicznym, z kaskadą tonów i atrakcyjną holografią, o ile można tak napisać o basach, ale to wyrażenie wydaje mi się uprawnione i najbliższe moich odczuć. Warto nadmienić, że gładkość i wyrafinowanie wzmacniacza wręcz zachęcają do głośniejszego słuchania. A Ming Da swobodnie i bez wysiłku osiąga wyższe pułapy głośności, z zachowaną homogenicznością, nienaruszoną strukturą proporcjonalności i czytelności dźwięku. Naturalnie i bez przesterów osiąga skalę koncertu nie tylko akustycznego, ale nawet, zaryzykowałbym – rockowego. Kiedy bardzo daleko przekręcić gałkę potencjometru siły głosu i kiedy uszy już więdną od głośności, sąsiedzi nie wytrzymują hałasu i walą czym popadnie w ściany, a kot biedaczek – ucieka w popłochu, to wzmacniacz …dalej - spokojnie i miarowo pompuje równy i masywny dźwięk w głośniki. Autentycznie byłem pod wrażeniem skali mocy, choć nie namawiam do podobnych eksperymentów Czytelnika.

Na koniec tego akapitu, podsumowując, napiszę, że akceleracja dźwięku dostarczanego przez wzmacniacz, jego propagacja w pomieszczeniu odsłuchowym jest niezwykle naturalna, pięknie laminarna, równomierna, aczkolwiek gęsta, soczysta, z szeroką panoramą i rozmachem. Z kapitalną dozą ekspresji – nie nerwową, a zawsze dostojną. Ponadto przekaz jest wybornie szczegółowy, lecz bez wyciągania niekorzystnych detali, które czynią dźwięk szklistym, czy przesadnie, barokowo wyostrzonym. Ming Da każde nagranie „obrabia” w ten sposób, że jest przyjemne w odbiorze, a jednocześnie pełne substancji dźwiękowej, w odpowiednim natężeniu i rozdrobnieniu, atomizacji. Można rzec – eufonicznie. I to jest najlepsze na styl gry chińskiego urządzenia, określenie.

Konfiguracje
Pod wzmacniacz podłączałem dwie pary kolumn: Vienna Acoustics Mozart Grand oraz monitory Usher S-520. Bez wątpliwości Ming Da całkowicie wysterowała „wiedeńczyki” – narzuciła swój rytm i charakter. Membrany otrzymały dużą moc, a dźwięk – ciała. Ushery S-520, co zrozumiałe, miały obcięty od dołu najniższy bas, ale pozostałe zakresy przekazane zostały spójnie i klarownie. Naturalnie i z ładną artykulacją wokali.

Nie lubię dźwięku gramofonu słuchanego na wzmacniaczu lampowym – po stokroć preferuję tranzystor. Nie wiem dlaczego, ale zazwyczaj „coś” mi w nim uwiera, nie pasuje. Często mam wrażenie, że lampa nie amplifikuje zbyt dobrze analogowego basu z winyli, spłaszcza go, a sam przekaz za bardzo lukruje, ociepla. Kiedy jednak podłączyłem gramofon Cleaaraudio Emotion do Ming Da stało się odwrotnie, niż zazwyczaj. Muzyka z czarnych płyt zabrzmiała wyraźnie, potoczyście i doskonale szczegółowo, z dobrym tempem, z drivem. Tak jak powinien grać gramofon – całopasmowo, ciepło i z prężnym basem.

Wymieniłem fabrycznie montowane lampy 6SN7 (firmy Jinvina) na militarne radzieckie 6N8P (NOS’y z początku lat 80-tych). Dźwięk stał się ciekawszy jeśli chodzi o artykulację źródeł, okrągłość basu i postrzeganie sceny, która zyskała jakby większą głębię albo mocniejsze tło. Bardzo podobała mi się także gładkość i namacalność instrumentów – bo otrzymały intrygujący szlif, dopełnienie, mocniejszy wyraz. Niestety, radzieckie 6N8P nie są tak wizualnie efektowne jak oryginalne „cebule” Jinvina. Tak, czy inaczej pole dla eksperymentu jest, a Ming Da wydaje się dobrym przedmiotem modyfikacji poprzez wymianę lamp elektronowych, których wymiana może modyfikować dźwięk, stroić go. A to jest cenna wartość dodana tego sprzętu.

Otrzymałem sporo listów od P.T. Czytelników (dziękuję) w sprawie opisywanego wzmacniacza. Wiele osób pytało się wprost: który wybrać wzmacniacz: Ming Da MC368-BSE czy jakiś inny? Jak gra Ming Da w porównaniu do Hegel H100, a jak w porównaniu do Roksan Caspian M2? Co bym wybrał, gdybym musiał wziąć tylko jeden wzmacniacz dla siebie? Itp. Trudno mi w tym miejscu ustosunkować się do wszystkich pytań, bo to jest obszerny materiał na cały nowy tekst. Generalnie mogę napisać, z całą odpowiedzialnością, że chiński wzmacniacz jest groźnym rywalem nawet dla mojego ulubionego wzmacniacza Hegel H100. Niech to zdanie będzie twardym komentarzem i podsumowaniem odsłuchu Ming Da…

Kończąc, wypadałoby napisać coś na temat wad wzmacniacza. Niemniej jednak patrząc na niezwykłe atrakcyjną cenę urządzenia (na dziś to około 5000 zł) oraz na wspaniały jego dźwięk bardzo trudno mi przychodzi. W zasadzie przy tej kwocie, wad brak. Dam, więc sobie spokój z wyszukiwaniem na siłę jakichś stron ujemnych, bo pewnie kilka by się znalazło. A na świecie jest mnóstwo innych sprzętów, które lepiej i dojrzalej grają w wartościach bezwzględnych. I kosztują też sporo więcej.












Konkluzja
1. Ming Da MC368-BSE to wzmacniacz zintegrowany świetnie zaprojektowany, doskonale zmontowany przy zastosowaniu solidnych komponentów, a także posiadający ciekawy design dobrze korespondujący z amplifikacją lampową. Rustykalny design, można stwierdzić.
2. Dźwięk ofensywny, soczysty, pełny. Zachwycający. Niskie tony obfite, lecz rewelacyjnie kontrolowane – sprężyste i mocne. Średnica gęsta, wielowarstwowa, z mnóstwem ingrediencji – kolorowa. Wysokie tony bardzo rozdzielcze, aczkolwiek nie nachalne, bez nadmiernych sybilantów. Piękna, bogata przestrzeń, holograficzna stereofonia. Doskonały, rasowy dźwięk. A MC368-BSE to przecież zaledwie przedsionek w firmowej ofercie Ming Da.
3. Co istotne, opisywany wzmacniacz chociaż lampowy, to niemający cech dźwięku budżetowych konstrukcji lampowych, czyli zbytnio lukrowanej słodyczy, ciężkiego ciepła, napęczniałego dźwięku (rozpulchnionego), czy „misowatej poduszki”, jak to niektórzy piszą. Ming Da ma gładki przekaz, z dużą ostrością źródeł pozornych, sporą detalicznością, ale przy zachowaniu kolorowego lampowego charakteru z dużą emfazą i bogactwem harmonicznych.
4. Dużą zaletą jest fakt, że firma posiada polskiego dystrybutora, który nabywa sprzęt bezpośrednio w fabryce Meixing Electronic Factory i tak samo sprzedaje. Także bezpośrednio. Bez pośredników – przez Internet, co oprócz tak istotnych rzeczy dla potencjalnego użytkownika jak gwarancja, serwis, etc, przynosi także i ewidentną korzyść finansową – ścina marże.
5. Niewygórowana cena około 5000 zł, czyni z Ming Da niezwykle atrakcyjną pozycją na rynku hi-fi – a i tak spokojnie może konkurować z urządzeniami do 10 000zł, a nawet droższymi.
6. Pełna i zasłużona rekomendacja „Stereo i Kolorowo – Underground”.
Brawo, Panie Jigui Xiao! (To konstruktor, oczywiście).

Dane techniczne
Dostępne na stronie producenta Meixing Electronics Factory TUTAJ.

Sprzęt używany podczas testu
Wzmacniacze: Hegel H100, Roksan Caspian M2 i Dayens Ampino.
Źródła: odtwarzacz CD Musical Fidelity A1 CD-PRO, gramofon Clearaudio Emotion, komputer MacBook Apple, a także przetworniki cyfrowo-analogowe - Wyred 4 Sound DAC-2 oraz Matrix Quattro DAC.
Kolumny: Vienna Acoustics Mozart Grand oraz Usher S-520.
Okablowanie: Audiomica Laboratory, interkonekty Ear Stream Signature oraz Oyaide Tunami Terzo RR.
Akcesoria: panele akustyczne (10 sztuk) Vicoustic Wave Wood, platforma antywibracyjna Rogoz-Audio pod gramofonem, stopy antywibracyjne Rogoz-Audio pod wzmacniaczem Hegel H100 oraz stoliki audio Ostoja T3 i VAP.

Głównie słuchane płyty CD - na poniższym zdjęciu:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...