Polpak

EIC

Rafko

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vienna Acoustics Mozart Grand. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vienna Acoustics Mozart Grand. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 maja 2012

DAC Hegel HD11




Wstęp
Gwałtowny, by nie napisać – lawinowy postęp w segmencie tzw. computer audio, a także mnogość źródeł cyfrowych (włączając to schyłkowy format płyty kompaktowej) wymusza na melomanach konieczność posiadania wielofunkcyjnego urządzania, które będzie zdolne przetwarzać sygnały cyfrowe wysokiej częstotliwości i rozdzielczości na wysokojakościowy sygnał analogowy. Stąd dziś niezbędne jest mieć porządny DAC, który będzie pełnić funkcję wypustki domowego centrum audio-stereo, a nawet wideo-audio-stereo.

Przetwornik cyfrowo – analogowy Hegel HD11 to nowość w ofercie firmy – jest dostępny w sprzedaży w Polsce od lutego 2012 roku. DAC ten uzupełnia ofertę przetworników, bo są także do wyboru modele: podstawowy Hegel HD2 (test TU), średni HD10 oraz topowy HD20. Jakby się z pozoru wydawało (patrząc na numerację modeli), HD11 to jest lekkie ulepszenie HD10, a w rzeczywistości jest to całkowicie nowa konstrukcja o nowych parametrach i możliwościach.

Hegel HD11 został wypożyczony z salonu audio Premium Sound w Gdańsku.

Umiejętności techniczne i budowa
Najważniejsze zmiany w budowie w porównaniu do modelu HD10 ukryte są w środku, bo nowy DAC Hegla ma umiejętność przyjmowania sygnału cyfrowego przez wejścia S/PDIF koaksjalne i optyczne o rozdzielczości do 24 bitów/192 kHz, a przez wejście cyfrowe USB do 24 bitów/96 kHz, co zapewnia wewnętrzny 32 bitowy przetwornik. W modelu HD10 wewnętrzny przetwornik pochodził z Analog Devices, a w HD11 jest to już bardziej zaawansowany chipset z japońskiej Asahi Kasei Microdevices Corporation – najnowszy delta/sigma AK4399 o dynamice 123 dB. Szczegóły TUTAJ. Producent ponownie nie przewidział możliwości dekodowania sygnału DSD (na przykład z SACD). Wielka szkoda… Co istotne, pasmo przenoszenia rozciąga się od 0 Hz do 50 000 Hz, co jest ewenementem w sprzęcie segmentu home-audio w cenie do 5000 zł.  A jeżeli dodać do tego informację, że typowe zniekształcenia pojawiają się poniżej 0,0007%, to już wyjątkowa sprawa. Warto także podkreślić, że wewnętrzny tor sygnałowy jest symetryczny, a całość zasilana jest z solidnego transformatora toroidalnego, tak, więc z zasadzie odpada konieczność dodatkowego apgrejdu o zewnętrzny zasilacz, wystarczy solidny kabel sieciowy.




Z zewnątrz norweski DAC wygląda typowo dla maniery firmowego designu: skromnie, by nie rzec – ascetycznie i „nierzucająco się w oczy”. Prosto, lecz użytecznie. Ot, niewielkie czarne pudełeczko stojące na 3. gumowych nóżkach.

Na panelu przednim, pod firmowym logo umieszczono niebieską diodą sieciową, a tuż nad nią 4. małe diody (też niebieskie) informujące o wybranym aktualnie wejściu. Wielkim nieszczęściem jest brak możliwości wyboru źródła z poziomu innego niż z pilota zdalnego sterowania, który jest wielkości i grubości znaczka pocztowego, łatwo więc go zawieruszyć na przykład pod serwetką podczas śniadania. A w takim przypadku zapomnijcie o zmianie typu wejścia w HD11… Trzeba koniecznie znaleźć pilot! Dobrym i praktycznym rozwiązaniem będzie tu przymocowanie do niego breloczka reagującego piskiem na gwizdanie. Ale dosyć żartów.

Na szczęście tył urządzenia jest bardziej bogaty niż front, bo można tu znaleźć liczne wyjścia, w tym analogowe RCA i symetryczne XLR oraz wejścia cyfrowe: S/PDIF – jedno optyczne i dwa elektryczne, a także i USB, które jest wejściem dla, jak to definiuje producent, karty dźwiękowej typu „plug&play”.   
Uwaga! Producent zaleca wejście cyfrowe „COAX 1” jako podstawowe, bo o najlepszej charakterystyce dźwięku.

Idąc dalej, z prawej strony umieszczono włącznik sieciowy oraz gniazdo sieciowe IEC, a przy nim okrągłą zaślepkę miejsca ze szklanym bezpiecznikiem. Jak to zwykle u Skandynawów, nie przewidziano możliwości pozostawienia urządzenia w trybie pracy „stand-by”. Ach, ta ekologia…
W odróżnieniu od wzmacniaczy Hegel H70 (TU), H100 (TU) i H200 (TU), opisywany DAC na szczęście zapamiętuje ostatnio wybrane (ustawione) źródło.





Dźwięk
Hegel HD11 jest dość przezroczysty, to znaczy, że nie dodaje/nadaje zewnętrznemu sygnałowi swojej charakterystyki dźwiękowej, czy własnej barwy. DAC otrzymany sygnał tak „obrabia” i porządkuje, że dźwięk zyskuje przede wszystkim na przestrzenności, potem uszczegółowieniu w rozumieniu nabrania większej precyzji, a także dodaje ogólnej masy i ciężaru. Ale po kolei.

W nagraniu Kyoto Jazz Massive „Fueled for the Future” (Jazznova – 2008 r) zauważalnie poszerza się scena, panorama - lepiej definiowane są zjawiska stereofoniczne, a poszczególne dźwięki mają lepiej obrysowane kontury i więcej powietrza dookoła. Tony brzmią dźwięczniej – bardziej rzeczywiście i mocniej namacalnie. To, co często do tej pory było skrywane lub niedostatecznie słyszalne, wypływa na wierzch – najbardziej dotyczy to mikro-wybrzmień i niuansów nagrań takich jak dzwonki, ciche uderzania w czynele, końcówki śpiewanych wyrazów, kolorystyka wokali. Są to z pozoru detale, ale często ważne w oddaniu całościowego charakteru nagrań, ich emocji i prawdziwego tonu. Struktura niskich tonów zaś otrzymała większe nasycenie oraz pozorną moc, bo basy stały się obszerniejsze i z większym bitem, uderzeniem, a także energetyczną sprężystością, która często decyduje o przyjemności odbioru muzyki i jej naturalności znanej z prawdziwych koncertów.

Na płycie Dave Douglasa „Freak In” (RCA Victor/BMG – 2003 r) trąbka lidera zabrzmiała entuzjastycznie, ciepło i z niezłą głębią oraz z kapitalną lokalizacją przestrzenną – wydawało się, że instrument ten gra realnie „tu i teraz”. Piękna ułuda!  Jednocześnie zdawało się, że wyższy podzakres basu był nieco podkreślony, ale za to najniższy zyskał więcej masy, obfitości, bo gitara basowa Brada Jonesa otrzymała dużo szybkości i zróżnicowania poszczególnych strun, przy zwiększonym ich wolumenie i dynamice, ale ciągle przy realistycznym (wiarygodnym) poziomie, bez zbytniego podkręcenia, niepotrzebnego podrasowania barw. Co istotne, i co winduje norweski DAC na wysoki pułap jakościowy, wszystkie dźwięki zostały wygenerowane w sposób absolutnie uporządkowany, czysto i nieprawdopodobnie klarownie, z dużą rozdzielczością ukazującą każdy z instrumentów osobno (włączając w to i komputer Jamie Safta) dokładnie i dużą kulturą. Piszę „z dużą kulturą”, bo Hegel HD11 niczego nie robi na siłę, nie wydobywa na wierzch tego, co niepotrzebne, co nie decyduje o istocie muzyki, nie sili się na eksponowanie wszystkich detali tła, a jedynie tych istotnych dla całościowego przekazu. Bardzo mi taki rodzaj grania odpowiada, przemawia do mojego gustu – duże emocje i wierna muzykalność na pierwszym miejscu, a pogłębiona analiza, sucha kliniczność – dopiero na drugim. Taki dźwięk można nazwać jako optymalnie muzykalny, bo w połączeniu z dużą skalą i z właściwym rozmachem jest wysokiej klasy. Pierwszej klasy w tym przedziale cenowym!






Konfiguracje
Norweski DAC równie chętnie i dobrze współpracuje zarówno z komputerem (u mnie to MacBook Apple), z odtwarzaczem płyt CD (Musical Fidelity A1 CD-PRO), jak i z serwerem muzycznym (CocktailAudio X10 - test TU).
Warto zwrócić uwagę na to, że podczas pracy z komputerem z poziomu pilota (o ile będzie akurat gdzieś pod ręką i niezagubiony pod np. pudełkiem zapałek) można sterować kolejnymi słuchanymi plikami muzycznymi, a także i ścieżkami w np. „You Tube”. Pilotem można także regulować poziom głośności sygnału wychodzącego z komputera. Wielce użyteczna funkcja. Jeżeli natomiast chodzi o różnice pomiędzy wejściem cyfrowym S/PDIF Toslink vs. elektryczne, to moim zdaniem optyczne w odbiorze powoduje leciutkie zmiękczenie dźwięku, większą jego płynność („lanie się”), lecz jest to bardzo mały niuans - na granicy percepcji, a może i autosugestii (?). Co do wyjść analogowych, RCA kontra symetryczne XLR to oczywiście na tych drugich dźwięk jest nieco bardziej dynamiczny (głośny), co nie oznacza, że lepszy. Na pewno gniazda zbalansowane są wygodniejsze w użytku, w związku z czym używałem (i używam) je jako podstawowe w połączeniu z symetrycznymi wejściami we wzmacniaczu Hegel H100. Kabel na wtykach XLR łatwiej zaaplikować i lepiej (porządniej) się trzyma w dedykowanym gnieździe.

W połączeniu ze wzmacniaczem lampowym Xindak MT-3 (TU) Hegel HD11 zapewnił lekkie utwardzenie basu, a także jego większe zaokrąglenie, co bardzo pozytywnie wpłynęło na ogólną prezentację dźwięku. Poza tym, co oczywiste, poszerzyła się panorama stereofoniczna, a poszczególni wokaliści i muzycy, a w zasadzie ich instrumenty znaleźli ściśle przyporządkowane miejsce na scenie, choć naturalnie w granicach lampowej normy, czyli mniej precyzyjnej niż w tranzystorze Hegel H100.
Jednym z optymalnie grających połączeń było zestawienie ze wzmacniaczem Hegel H100 oraz z kolumnami podstawkowymi Amphion Helium 510 (TU) jako monitorami bliskiego pola, gdzie źródłem był naprzemiennie komputer MacBook Apple lub serwer muzyczny CocktailAudio X10. Przyjemne, relaksujące granie z piękną średnicą, mocnym (przekonującym) dźwiękiem oraz  wspaniałą harmonią przekazu.
Opisywany DAC sprawdził się również wybornie w zestawie słuchawkowym składającym się ze wzmacniacza słuchawkowego Musical Fidelity X-Can v.3 z dedykowanym zasilaczem Tomanek (TU) oraz słuchawkami Sennheiser HD650. Podniósł jego dźwięk o spory poziom, klasę.






Konkluzja

  1. Budowa zewnętrzna „nienachalna” – surowa, aczkolwiek schludna. Minimalistyczna, bo brak tu jakiegokolwiek wyświetlacza na panelu frontowym.
  2. Brak możliwości sterowania urządzeniem inaczej niż przy użyciu malutkiego pilota zdalnego sterowania. Duża wada.
  3. Wielofunkcyjne urządzenie – grające dobrze zarówno z komputerem, jak i z innymi źródłami. Liczne wejścia i wyjścia. Zaawansowany 32 bitowy chipset firmy Asahi Kasei Microsystems.
  4. Dźwięk charakteryzujący się wybitną przestrzennością oraz wyborną stereofonią. Świetnie lokalizowane są źródła pozorne.
  5. DAC wydobywa na wierzch to, co najistotniejsze w substancji muzyki – gęstą, zniuansowaną średnicę naszpikowaną licznymi detalami, a także silny motoryczny bas oraz tzw. dźwięczność.
  6. Ogólnie można napisać, że przekaz cechuje się wysmakowaną kulturą oraz wielobarwną muzykalnością, która decyduje o radości i swobodzie słuchania. DAC nie wyciąga na siłę wszelkich detali, trudno go nazwać analitycznym.
  7. Bardzo dobra proporcja jakość/cena – około 4000 zł to kwota, która jest warta wydania za tak udane i rzetelnie grające urządzenie, które jednocześnie posiada wiele funkcji i liczne możliwości.
Sprzęt używany w teście
Wzmacniacze: Hegel H100 i Xindak MT-3 oraz wzmacniacz słuchawkowy Musical Fidelity X-Can v.3 z zasilaczem Tomanek (TU).
Źródła: odtwarzacz płyt CD Musical Fidelity A1 CD-PRO, komputer MacBook Apple, serwer muzyczny CocktailAudio X10, a także sygnał cyfrowy telewizji kablowej Multimedia i liczne inne. 
Kolumny: Vienna Acoustics Mozart Grand, Audio Academy Phoebe III oraz Amphion Helium 510.
Słuchawki: Sennheiser HD650.
Kable: różne.
Akcesoria: stopy antywibracyjne Rogoz-Audio BW40 (TU), stolik audio VAP (TU), stojak na słuchawki Woo Audio, a także 10. sztuk paneli akustycznych Vicoustic Wave Wood (TU).

Parametry techniczne
Dostępne są na stronie firmowej Hegel Polska: TUTAJ.

Zdjęcia wnętrza pochodzą z TEJ strony.

środa, 25 kwietnia 2012

Kolumny Studio 16 Hertz Minas Anor IIIs




  
Wstęp
O tym, że niniejszym opisuję kolumny Minas Anor IIIs zdecydował trochę zbieg okoliczności, los. Będąc na  tzw. odsłuchach w zaprzyjaźnionym salonie audio Premium Sound w Gdańsku przypadkowo w oko wpadły mi właśnie te kolumny zamówione dla klienta salonu i czekające na niego. Pozwoliłem sobie więc poprosić załogę Premium Sound o odsłuch, bo wcześniej wiele dobrego czytałem o Minasach. A, że pierwsze wrażenia odsłuchowe były więcej niż intrygujące dlatego postanowiłem wypożyczyć takie kolumny do testu.

Studio 16 Hertz to manufaktura z Tych prowadzona przez pana Grzegorza Rogalę od 1996 roku. Na początku istnienia firma zajmowała się modyfikacjami kolumn, potem zaczęła wytwarzać pierwsze kolumny głośnikowe, najpierw na konkretne zamówienie, a następnie stworzono w niej własne projekty kolumn i wdrożono je do seryjnej produkcji. Obecnie Studio 16 Hertz ma w swojej ofercie 5. modeli podstawowych oraz ich odmiany, a także kilka specjalnych. Oczywiście, nadal można tu dokonać apgrejdu kolumn wg. zleconego lub zaleconego przez firmę projektu.

Kolumny zostały wypożyczone z salonu audio Premium Sound w Gdańsku.

Budowa
Otrzymałem następujące informacje od pana Grzegorza Rogali a'propos omawianych kolumn:

„Minas Anor to produkt, który powstał w 2003 roku. W pierwszej generacji konstrukcja ta opierała się o przetworniki duńskiej Vify o membranie z miękkiej celulozy mocno nasączanej impregnatem tłumiącym, które charakteryzowały się spokojnym relaksującym i delikatnym sposobem prezentacji muzyki. Obecna odsłona Minas Anor to już generacja IIIs gdzie głośniki zostały wyprodukowane przez duńskiego Scan Speaka w Vidbeak – jest to model wytworzony na specjalne zamówienie i nosi symbol 18W8522G01. Ma on membranę w włókien drzewnych, pierścieniowe gumowe zawieszenie, cewkę 1 calową i duży 110 mm magnes. Ten przetwornik opiera się o elementy ruchome modelu XT18WO (membrana, resor, cewka) i kosz z metali lekkich (aluminium) oraz układ magnetyczny ScanSpeaka. Głośnik wysokotonowy to Morel z nowej linii Classic CAT 298 pracujący w cieczy magnetycznej zwanej ferrofloidem. Kolumna pracuje w konfiguracji dwudrożnej d'apolitto, oba głośniki średnio-niskotonowe pracują razem do częstotliwości 2,5 kHz, powyżej zaś pracę przejmuje 28 mm kopułka o zawieszeniu wklęsłym z charakterystycznym wyprowadzeniem drutu z cewki na zewnątrz (tzw. wąsy). Zwrotnica podzielona jest na dwie niezależne płytki dla obu sekcji. Kondensatory to Audyn Cap MKP niemieckiego Intertechnika. Terminale przyłączeniowe podwójne, można podłączyć kolumnę w bi-ampingu z dwoma wzmacniaczami, jak i w bi-wiringu dwoma kablami, każda sekcja osobno. Klasyczne podłączenie pojedynczym kablem także jest możliwe – złocone zworki są dobrej klasy, dla wtajemniczonych można zastosować łączniki z solidnego kabla, wówczas brzmienie bardziej można modelować.  Kolumny wytwarzane są w trzech rodzajach oklein w podstawowej wersji: czereśnia, orzech i mahoń. Minas Anor posiada pochyloną frontową ściankę, a boki zaokrąglone. Wykonana jest w całości z 22 mm płyt MDF o dużej gęstości materiału, posiada także wieńce usztywniające wewnątrz obudowy. Mamy tutaj fornirowane wnętrza przeciwprężne dla dodatkowej sztywności skrzynki. Maskownice mocowane są za pomocą magnesów neodymowych, zatopionych pod okleiną, przez co brak gniazd w obudowie nie zaburza bryły frontowej ścianki.” 





Moje pierwsze wrażenie przy kontakcie z Minasami, to to, że są okrutnie ciężkie. Wypakowanie skrzynek z olbrzymich kartonów to prawdziwa ekwilibrystyka i gimnastyka przy okazji. Tu trzeba mieć trochę krzepy! Przenoszenie, wkręcanie w nie kolców i ustawianie w pokoju to też niezła zabawa. Ale zapewniam, że warto ten wysiłek uczynić, bo kolumny są tego wyjątkowo godne, o czym w szczegółach napiszę dalej.

Zwraca uwagę wysokiej jakości i estetyczna drewniana okleina. W wersji heban, jaką otrzymałem, kolumny prezentują się dostojnie, a wręcz majestatycznie. Wrażenie to potęguje klasyczna forma skrzynek – duże i wysokie prostopadłościany o lekko pochylonych do tyłu frontach. Jakość stolarki stoi na bardzo wysokim poziomie, nie ma tu żadnych zbędnych prześwitów, czy szpar. Lakier to półmat, a pod nim widoczne są wyraźnie rysujące się słoje drewna i jego struktura.  Nie jest to co prawda aż tak luksusowe wykończenie kolumn jak w Vienna Acoustics Mozart Grand gdzie lakier jest jakości fortepianowej, składający się z bardzo wielu warstw, a następnie polerowany na wysoki połysk, ale i tak Minory prezentują się wybornie. Ciekawie wyglądają zastosowane głośniki średnio-niskotonowe Vify z brązowymi membranami ze sprasowanych włókien drzewnych – w związku z tym brak tu typowego kontrastu pomiędzy drewnianym fornirem a głośnikami, bo w tym przypadku oba są, można powiedzieć,  wytworzone z drewna. Brak otworów na maskownicę sprzyja harmonii wizualnej, lecz burzy ją nieco przedni wylot plastikowej rury bass-refleksów zamontowany tuż nad tabliczką z logo firmy. Kolumny w zestawie zawierają 4. pozłacane kolce wraz z podkładkami. Zastosowane podwójne terminale głośnikowe nie wyglądają na drogie, ale są solidne i wytrzymałe. Podczas odsłuchów nie korzystałem z firmowych zworek w formie blaszek, lecz ze zworek wykonanych z kabli (tzw. jumperów) firmy Audiomica Laboratory.








Dźwięk
Nie było dla mnie zaskoczeniem, że Minasy grają dobrze, bo jak już pisałem – miałem wcześniej możliwość zapoznania się z ich dźwiękiem. Na pewno niespodzianką był fakt, że kiedy po kolei podłączałem je do 5. poszczególnych wzmacniaczy to z każdym dobrze grały, lub innymi słowy – zgrywały się. A czyniły to wyjątkowo bezwysiłkowo i naturalnie, co jest dużą zaletą tych kolumn, bo nie wszystkie głośniki są tak wyjątkowo „towarzyskie” i mało wymagające (w dobrym znaczeniu tego słowa) względem amplifikacji.

Przekaz jest odbierany homogenicznie i całopasmowo. Nie słychać żadnych „dziur” w dźwięku, choć można ulec wrażeniu, że kolumny te nieco preferują średnicę, to jednak robią to nie kosztem innych zakresów. I całe szczęście, bo to średnica właśnie jest przecież najważniejszą częścią pasma, w której zawiera się esencja i koncentrat muzyki. Średnie tony są niezwykle efektowne, z miłą i subtelną barwą, która jest klarowna i wyraźna. Pełna i zrównoważona z ładną gładkością. Wokale, więc brzmią nie tylko atrakcyjnie, ale i dokładnie (wiernie), a także dość blisko. Wrażenie to potęgowało się podczas odsłuchów na lampie Xindak MT-3, który okazał się bajecznym kompanem dla tyskich kolumn, ale do tego jeszcze wrócę w dalszej części testu.









Bardzo podobała mi się wygładzona góra, nie lubię w tym paśmie ostrości i kłujących ataków. Minas Anor III ma co prawda sporą zawartość wysokich tonów i ich znaczną różnorodność, ale nie epatuje słuchacza ich ilością, nie wysuwa ich do przodu, przez co przekaz sprawia wrażenie wyraźnego i bez przykrych konsekwencji dla odbiorcy. Mimo ładnego różnicowania instrumentów np. dętych blaszanych i smyczkowych, a także pokazywania ich energii, kolumny nie atakują zbytnio uszu nawet przy wysokich poziomach głośności. Jednocześnie zdrowa proporcja pomiędzy płynnością, a jednorodnością dźwięku jest wciąż zachowywana. Innymi słowy, głośniki te nie obawiają się mocy, gdy ktoś lubi głośne słuchanie – brak tu kompresji nawet przy bardzo głośnych poziomach decybeli. Coś jak w słuchawkach Sennheiser HD650 – zarówno przy cichym jak i przy głośnym słuchaniu jest ono przyjemne i relaksujące, chce się wręcz ciągle przekręcać potencjometr w prawo… Drżyjcie sąsiedzi posiadaczy tych kolumn!

Bas skojarzył mi się początkowo z tym słyszanym w kolumnach Vienna Acoustics Beethoven Baby Grand – mocnym i koturnowym, obszernym oraz bardzo nisko schodzącym. Po dłuższym słuchaniu uznałem jednak, że, pomimo, iż w Minasach jest obecny pewien styl, pierwiastek tej wiedeńskiej gry, to tyskie głośniki grają nieco subtelniej i we własnym charakterze, który określiłbym jako bardziej analogowy, może mniej substancjalny, ale za to cieplejszy, lecz nigdy nie zbyt ciężki, czy pogrubiony. Ale na pewno żywiołowy i doniosły, z mocnym bitem i wspaniałą sprężystością, która powodowała, że perkusja zawsze brzmiała prawdziwie. Z dużym powabem można było usłyszeć wszystkie jej bębny - zarówno przy muzyce akustycznej, jak i rockowej. Bez problemu głośniki budowały mocny rytm i trzymały go bardzo silnie w ryzach. Zawsze punktualnie i z dużą wiernością reprodukcji impulsów.

Na płycie CD zespołu Kapela ze Wsi Warszawa „Nord” (TU) (Karrot Komando 2012r.) kolumny bardzo ciekawie reprodukowały  bęben szamański obsługiwany przez Indiankę Sandy Scofield (TU) z Kanady . W zasadzie to było tak realne „walnięcie” bębna, że nawet mój kot, zazwyczaj leniwy i niereagujący na żadne hałasy, podniósł głowę z dywanu błyskając wielkimi zdziwionymi oczami  w pełnym osłupieniu, by nie napisać – przerażeniu. Tak, Minasy bębny przekazują bardzo wiernie i prawdziwie. Pierwsza klasa. Natomiast odnośnie niskich tonów - wewnętrzna struktura basów jest bardzo zróżnicowana i obfitująca w niuanse i niuansiki. Ale trzeba też pamiętać, tak jak już wcześniej napisałem, że niskie tony są nieco zmiękczone – ale niepoluzowane. Zwolennicy ostrych i huraganowych niskich tonów będą niepocieszeni, natomiast dobra jakość basów całkowicie tę cechę, (bo nie wadę) rekompensuje i to w dwójnasób. Partie wokalne, po mistrzowsku zaśpiewane przez nieprawdopodobnie pięknie zgrany głosowo chór trzech pań, zostały oddane więcej niż rzetelnie, z wieloma subtelnościami oraz piękną harmonijną plastyką, a także z kapitalnym zogniskowaniem w przestrzeni. Każdą ze śpiewających wokalistek można swobodnie namierzyć osobno w przestrzeni, podobnie zresztą jak i towarzyszących muzyków. Szwedzkie dudy – lekko po lewej, lira korbowa – po lewej w głębi, kontrabas – po prawej i bliżej środka, perkusja – po prawej w głębi,  skrzypce – po środku, a perkusjonalia – dookoła. Realne 3D.

Z kolei duży skład zespołu Bryana Ferrego na winylu „Boys and Girls” (ER Records 1985r.) zabrzmiał bardzo mocno i dynamicznie, gęsto i masywnie. Gitary Marca Knopflera i Neila Hubbarda dźwięcznie i z pięknym wysyceniem oraz wyraźnie drgającymi strunami. Saksofon Davida Sanborna – jasno, lecz wyraźnie oraz z całą skalą tego instrumentu. Natomiast głos Ferrego – emocjonalnie, charyzmatycznie. Z realną ułudą bytności. Ponadto bardzo przypadła mi do gustu przestrzeń tworzona przez opisywane głośniki. Szeroka, ale bez hektarowych połaci. Uczciwa.

Konfiguracje
Jak już napisałem wcześniej, kolumny nie są zbytnio wymagające względem amplifikacji. Wynika to po części z wysokiej ich skuteczności, bo aż 91 dB, co jest przecież dobrym parametrem dla większości wzmacniaczy.

Nie ukrywam, ze najlepiej testowane głośniki zagrały z polskim wybitnym produktem – wzmacniaczem elektroakustycznym Mach Audio. Tu spotkały się dwa zdecydowane charaktery, lecz kolumny szybko zostały opanowane przez wzmacniacz, który, pomimo, że dysponujący tylko 2 x 80W przy Ohm, to wysterował głośniki z Tych totalnie. Zagrały one nieomal w całym paśmie słyszalnym, w sposób pełny i z dużą dynamiką, o wielu słyszalnych smaczkach i detalach. Fascynująco, by nie napisać, że nawet ekstatycznie.

Z kolei Hegel H100 subiektywnie najlepiej ujarzmił bas Mianasów. Utwardził go i dodatkowo jeszcze bardziej ujędrnił, ale i także nieco skrócił (w porównaniu do Mach Audio). Ponadto w tym zestawieniu, jak się wydaje, kolumny zagrały z największą dynamiką, szybkością i ekspresją, którą można przyrównać do koncertowej.

Chińska lampa Xindak MT-3 z polskimi głośnikami to przede wszystkim czystość dźwięku, jego wielka plastyka oraz, co zrozumiałe, gorący czar i miłe, nienachalne dźwięki o cudnie żywej i słodkiej (ale nieprzesłodzonej) średnicy, a także głęboko nasycony bas. Śpiewny.

Natomiast końcówka mocy Xindak PA-M (z Hegel H100 w roli przedwzmacniacza) zaproponowała racjonalny dźwięk, pięknie poukładany z szeroką sceną oraz więcej niż dobrą stereofonię. Swoją drogą, końcówka ta pomimo, że kosztuje około 3 000zł to reprezentuje bardzo wysoki poziom gry. Wkrótce będę ją opisywał na stronach „Stereo i Kolorowo” dokładniej. Ale wracając do tematu - dodam, że Xindak PA-M mimo, że dysponujący mocą jedynie 2 x 20 Wat to pchnął w głośniki Minas Anor IIIs wiele siły, napełniając je dużą (obszerną) muzyką, która za każdym razem brzmiała wyrafinowanie – wszystko było wolne od jakichkolwiek zakłóceń i zniekształceń przy zachowaniu wzorowego tła oraz pięknie ciepłych i nasyconych barw. Bas zaś cechował się opisem: pulchny, rozłożysty i z dobrą artykulacją. Czasami jednak zbyt obszerny.





Konkluzja
1. Kolumny Studio 16 Hertz Minas Anor IIIs to produkt dojrzały - w sensie projektu, wykonania oraz stylu gry. Metoda kolejnych przybliżeń, czyli następujące po sobie generacje tych głośników pozwoliły w trzeciej ich odsłonie zaproponować kolumny z pięknie skomponowanym dźwiękiem, harmonijnym i o pięknej, rasowej barwie. Z pozytywną energią, kulturalnie i z godną podziwu muzykalnością.

2. Design tradycyjny lub klasyczny, jak kto woli. Kolumny zbudowane solidnie i mocno. Atrakcyjnie. Z piękną stolarką i wysokiej jakości wykończeniem, w tym i z ładną drewnianą okleiną położoną doskonale.

3. Wysokiej klasy zastosowane głośniki – wysokotonowe Morel CAT 298 oraz dwa średnio-niskotonowe Vifa XT18WO 09/08 zapewniają pełnopasmowy dźwięk o kapitalnej dystrybucji oraz zdecydowanie dobrej stereofonii. Kolumny nieco uprzywilejowują średnicę, ale nie zapominają także i o basach, które są silne i sprężyste. Żywe, z dobrą kondycją. Góra - ciut wycofana, co daje przyjemne wrażenie niemczącego dźwięku, ale z dobrą rozdzielczością i wystarczającą jaskrawością sopranów. Niezła szczegółowość.

4. Kolumny łatwe są do napędzenia. Każdy z używanych wzmacniaczy w teście nie miał z tym najmniejszych problemów. Grają łatwo i skocznie zarówno z 18 Watami z lampy, 20 Watami w tranzystorowej klasie A, jak i 240 Wat z silnego tranzystora. Bezproblemowo i naturalnie.

5. W mojej ocenie, kolumny te nie mają wad w swojej umiarkowanej cenie 6500 zł. Są świetne. Pełna rekomendacja!

System testowy
Wzmacniacze: wzmacniacz elektroakustyczny Mach Audio, Accuphase E-213, Hegel H100, końcówka mocy Xindak PA-M oraz lampowiec Xindak MT-3
Kolumny: Vienna Acoustics Mozart Grand oraz Paradigm Studio Reference 10 v.5
Źródła: odtwarzacz płyt CD Musical Fidelity A1 CD-PRO, gramofon Clearaudio Emotion, magnetofon kasetowy Nakamichi Cassette Deck 1, tuner Rotel RT-1080 oraz MacBook Apple przez wewnętrzny DAC w Hegel H100
Kable: różne
Akcesoria: platforma antywibracyjna Rogoz-Audio S40SW, panele akustyczne Vicoacustic Wave Wood, stoliki Ostoja i VAP

Dane techniczne
Dostępne na stronie producenta Studio 16 Hertz: TUTAJ

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Xindak MT-3 Wood Edition




Wstęp
Bardzo lubię brzmienie lamp elektronowych EL34, kiedy więc nadarzyła się okazja wypożyczenia do testów wzmacniacza Xindak MT-3 zbudowanego właśnie na takowych chętnie przystałem na propozycję jego opisu. Zresztą niedawno recenzowałem jego masywniejszego „brata” – Xindak MS-8, też opartego na pentodach mocy EL34 (opis TU), który zademonstrował bardzo przyjemny i dojrzały styl gry.

Kiedy popatrzeć na ciągle zwiększającą się ofertę wzmacniaczy lampowych „Made in China” można dostać prawdziwego zawrotu głowy, bo pojawia się ich chyba miesięcznie z kilkanaście! To, jak szybko i jak bardzo zróżnicowane modele wypuszczają na rynek nowe „lampy” takie firmy jak np. Mexing MingDa, Shanling, Jolida, Opera Consonance, Yaqin czy właśnie omawiany tu Xindak jest, zdaje się, poza realną możliwością konstrukcyjną zachodnich producentów. Co więcej, produkty z Chin z roku na rok stają się coraz to lepsze, mniej awaryjne, a o lepszym designie i dźwięku. Myślę, że za kilka lat mogą poważnie zagrozić nawet najbardziej renomowanym zachodnim (i japońskim) wytwórniom urządzeń lampowych, bo segment budżetowy już całkowicie opanowały. Opisywany tu Xindak MT-3 jest dostępny już w sklepach od kilku dobrych lat i wielu kręgach wyrobił sobie opinię wręcz kultowego. Po szczegóły zapraszam do dalszej części recenzji.

Wzmacniacz został wypożyczony od polskiego dystrybutora marki Xindak - firmy Polpak



Budowa
Xindak MT-3 wyróżnia się wyglądem spośród typowych „lampowców”, bo wykończenie drewniane frontu robi swoje – ładne drewno w koniakowym kolorze, z wyraźnym usłojeniem, wypolerowane i pomalowane matowym lakierem przynosi bardzo przyjemne odczucia estetyczne. Mi to się kojarzy z klimatem wintage (wersja z metalowym frontem ma o wiele mniej takiego uroku). Całość dopełniają wytoczone także w drewnie 2. gałki – jedna to potencjometr wzmocnienia, a druga – trzystopniowy selektor. Dla wątpiących w dobre intencje Chińczyków, dodam, że front jest wykonany naprawdę z drewna, a nie z jego imitacji. Sprawdziłem to zdejmując gałkę potencjometru – ukazała się pod nią surowa (nieobrobiona) struktura drewna.




Po prawej stronie przedniej płyty umieszczono plastikowy już włącznik sieciowy, a nad nim niebieską diodę indykującą pracę urządzenia – na szczęście niezbyt intensywnie świecącą. Pilota zdalnego sterowania nie przewidziano – trochę szkoda, ale atrakcyjna cena MT-3 musi zawierać też jakieś kompromisy. Ogólnie wzmacniacz dobrze się prezentuje, wszystko jest dopasowane – żadnych szpar, a pokrywa i puszki na transformatory pokryte wysokiej klasy farbą nakładaną proszkowo. Rzetelna konstrukcja – perfekcyjna, można napisać, jeżeli popatrzeć na jego niewygórowaną cenę (około 3000 zł). 

Xindak zaopatrzony jest naturalnie w klatkę na lampy, która jest wymagana rygorystycznymi przepisami UE, ale dla lepszego efektu wizualnego najlepiej ją od razu zdjąć, bo nie grzeszy urodą, a poza tym zasłania to, co najważniejsze w tego typu konstrukcjach – lampy. Z tyłu znajdują się podstawowe przyłącza – gniazdo sieciowe, terminale głośnikowe (osobne na 4 i 8 Ohm) i 3. pary wejść RCA. Mało, ale wystarczająco. Wzmacniacz postawiony jest na 4. typowych dla Xindaka nóżkach – u dołu zaokrąglona guma, u góry obręcz z metalu. Estetycznie i praktycznie jednocześnie, bo zabezpiecza przed ewentualnymi wibracjami.

Zastosowane lampy to Shuguang: cztery EL34, jedna 12AX7 oraz dwie 6N8P (6SN7GT). Wzmacniacz może pracować w trybie triodowym dostarcza wówczas po 18 Wat na kanał lub w trybie pentodowym – po 40 Wat na kanał. Odpowiednie 2. przełączniki hebelkowe, po jednym na każdą końcówkę mocy, znajdują się na górnej pokrywie.
Na koniec tego rozdziału dodam, że wzmacniacz jest całkiem ciężki, bo jego masa to aż 19 kg.






Jakość dźwięku
Xindak MT-3 gra tak jak wygląda. I nie ma tu co ukrywać, że gra bardzo dobrze. Nie rewelacyjnie, ale właśnie bardzo dobrze – to jest właściwe dla niego określenie. Dotyczy to przede wszystkim kultury brzmienia oraz racjonalnego wyważenia proporcji poszczególnych zakresów w całym słyszalnym paśmie muzycznym. Całościowo Xindak buduje pełną rozmachu scenę, a czyni to bardzo dynamicznie i obszernie, co przywodzi na myśl umiejętności urządzeń droższych. Do tego dźwięk jest odbierany jako zagęszczony, bardzo spójny i z niezłą potęgą.. Bardzo spodobała mi się barwa MT-3 – pełna i nasycona z dużym ociepleniem wokali, co nie powinno dziwić w konstrukcji lampowej. Harmonia propagacji ma w sobie wiele gracji oraz stylowości charakterystycznej dla dobrych konstrukcji - dźwięk jest bardzo przyjemny, niemęczący swą nachalnością, a jednocześnie bliski i zwarty, zawiesisty. Naturalnie, to nie jest high-end, ani żaden jego nawet przedsionek, czy jak by to inaczej nazwać. Ale Xindak MT-3 zapewnia wiarygodny dźwięk z przykładną stereofonią, zrównoważony i muzykalny. Podobający się od razu.

Kiedy do odtwarzacza Musical Fidelity A1 CD-PRO włożyłem płytę CD zespołu Shakatak „Manic&Cool” (Victor Japan – 1988r., K2HD Mastering) dźwięk okazał się być wyraźny, dość szczegółowy (jak na lampę) o niezłej skali mikro i makro oraz nisko schodzącymi sprężystymi basami, które pierwszorzędnie budowały mocną podporę dla pozostałych pasm. Zresztą ten jędrny bas to znak rozpoznawczy lampy EL34 – mocny, bardzo rozciągnięty, ale i nieco zaokrąglony, miły w odbiorze. Żywy i spontaniczny, ale zazwyczaj dobrze kontrolowany. Chyba, nie muszę dodawać, że słuchanie głosów wokalistów grupy Shatatak to więcej niż przyjemność. Głosy są miękkie, czyste i powabne. Żarliwe i soczyste. Co istotne, także instrumenty wydawały się być dobrze separowane od siebie, dobrze zaznaczone w przestrzeni z dużą masą. Perkusja ze zdrowym atakiem i z dobrze oddanymi uderzeniami pałeczek o membrany. Plastycznie.

Na płycie winylowej Dawida Bovie „Low” (RCA 1977r.) surowy klimat płyty podany został substancjalnie i prawdziwie. Charyzmatyczny wokal Bowiego nasączony emocjami, które słychać było bardzo czytelnie na tle instrumentów elektronicznych obsługiwanych przez Briana Eno. Oczywiście, w przypadku dźwięku lampowego trudno mówić o przesadnej naturalności barwy, bo brzmienie jest tu nieco podkolorowane, ale jest to zdecydowanie korzystne dla całościowego wyrazu. Można tu także dostrzec lekkie podbicie górnej średnicy, ale przyjmowane jest to prawidłowo, bez zbytniej dokuczliwości – łatwo i szybko zresztą się do tego można przyzwyczaić, by następnie skupiać się wyłącznie na muzyce, a nie szczególnej analizie. Tak jak już pisałem wcześniej, dźwięk jest pięknie harmonijny, ładnie poukładany w przestrzeni, laminarnie rozchodzący się po pokoju odsłuchowym, efektownie i z basem z dużym ciężarem jakościowym. Na koniec dodam, że Xindak MT-3 nie wypycha do przodu zbyt wielkiej ilości szczegółów, brzmienie jest precyzyjne, ale nie szczegółowe – raczej subtelne, a nie napastliwe z nadmierną liczbą detali, co nie jest żadną wadą, a typową dla „lampy” rzeczą charakterystyczną, przymiotem.

Tryb triodowy versus pentodowy
Różnice w obu trybach są tu wręcz podręcznikowe: triodowy zapewniał większe wypełnienie dźwiękiem, który był obszerniejszy (większy) niż w pentodowym, o bardzo przyjemnej barwie. Niestety, przy głośniejszych odsłuchach tracący na jakości, kierujący się w stronę przesterów. Natomiast pentodowy zapewniał mocny i sprężysty bas, a także pozornie większą dynamikę. Wybór trybu pracy należy dostosowywać indywidualnie w zależności od własnych preferencji, jakości i gęstości odtwarzanego materiału oraz głośności odsłuchów. Tak, czy inaczej to dobrze, że producent zapewnił użytkownikowi taki komfortowy wybór i zasługuje ten fakt na specjalną pochwałę.



Dobór kolumn
Testowałem wzmacniacz z 6. parami kolumn.

Nie muszę chyba udowadniać, że Xindak najlepiej i najpełniej zagrał z kolumnami Vienna Acoustics Mozart Grand oraz Xindak MS-1201. Z tymi pierwszymi mocnym dźwiękiem, o bardzo niskim zejściu basów, pięknej plastycznej średnicy oraz dobrą stereofonią. 

Z Xindak MS-1201 – bardzo przestrzennie i z dużą ekspresją oraz mocno bezpośrednio. Muzykalnie. Dla mnie to zestawienie było najlepsze - typowe "win win situation" - każdy element zyskuje więcej niż może zaproponować w pojedynkę. Trudno jednak podejrzewać, że potencjalny nabywca Xindaka MT-3 będzie celował od razu w pułap cenowy około 10 000 zł, bo tyle za te powyższe kolumny trzeba zapłacić. 

Myślę, że rozsądnym wyborem do wzmacniacza będzie jedna z kolejnych 3. par, z którymi łączyłem urządzenie, a mianowicie: Koda Harmony K-2000B, Usher S-520 oraz Pylon Pearl Monitor. Trudno mi zresztą wskazać tu jednego tylko zwycięzcę tej konfrontacji, bo każda z par miała swoje mocne i słabsze strony, Sądzę, że potrzebne są tu odsłuchy i dopasowanie głośników nie tylko pod styl gry wzmacniacza, ale także pod własny gust. Kody zaproponowały dużą ekspresję o pięknej, bogatej średnicy, Ushery oprócz sprężystych i szybkich dźwięków także i najniższy bas spośród porównywanych monitorów. Natomiast Pylony mogą pochwalić się dobrą lokalizacją instrumentów oraz wyborną plastycznością przekazu, a także ogólnie wysoką kulturą sposobu grania.







Innym ciekawym zestawieniem było towarzystwo kolumn polskiej manufaktury z Tych: Studio 16 Hertz - Minas Anor IIIs. Głośniki te mają 4 Ohm oporności oraz 91 dB skuteczności, czyli z parametrami predysponującymi wprost do lampy. Minasy Anor zagrały ładnym i bogato nasyconym dźwiękiem o głębokim i spójnym basie, a także mocno nasączoną nutami średnicą. Niebawem będę mógł zaprosić P.T. Czytelników na obszerny ich opis, ponieważ mam zamiar wypożyczyć je od producenta na potrzeby testów.


Odsłuch kolumn Studio 16 Hertz Minas Anor IIIs odbył się dzięki uprzejmości salonu Premium Sound w Gdańsku.

Podsumowanie
  1. Najkrócej mówiąc – Xindak MT-3 to stosunkowo tani (około 3000 zł) wzmacniacz lampowy, ładny i estetyczny, a z piękną barwą i namacalnym bogatym brzmieniem.
  2. Budowa klasyczna dla wzmacniaczy lampowych – wysoka jakość użytych materiałów, solidny montaż. Wintadżowy design, dodatkowo pokreślony drewnianym frontem i drewnianymi gałkami.
  3. Minusem jest brak zdalnego sterowania oraz szczupłość liczby wejść liniowych – bo tylko 3.
  4. Wielki dźwięk, bardzo przestrzenny i z dobrą stereofonią. Bardzo nasycone wokale – wyraziste i gorące, ale odbierane naturalnie – bez agresji lub nachalności w przekazie. Brzmienie ogólnie dostarczające wiele przyjemności w słuchaniu muzyki bez względu na jej rodzaj. Bas mocny, substancjalny, lecz i nieschodzący zbyt nisko. Tu i ówdzie podkolorowany do rozsądnej granicy. Xindak nie jest mistrzem precyzji i detaliczności, można także zarzucić mu pewne niedociągnięcia w artykułowaniu kilku podzakresów (niski bas, wysokie soprany) lub nadmierne je eksponowanie (średnica), ale pod względem harmonii dźwięków, ich koegzystencji oraz łatwości budowania plastycznej sceny i rasowego tonu jest trudny do pobicia przez wiele sprzętów o podobnej cenie.
  5. Co istotne, ewentualne odpowiedniki lamp użytych do konstrukcji są łatwo dostępne i niedrogie. Myślę, że warto z czasem rozejrzeć się za np. Electro-Harmonix’ami, które są bardzo konkurencyjne w proporcji cena/jakość.
  6. Kapitalny wzmacniacz lampowy na rozpoczęcie przygody z „lampą” lub jako element drugiego systemu dla zaawansowanego audiofila/melomana.
  7. Nie jest trudno dobrać kolumny do MT-3, bo chętnie współpracuje z wieloma konstrukcjami.
  8. Bardzo przypadł mi do gustu opisywany tu Xindak MT-3 - fantastyczną przestrzennością, słodyczą i żarliwym czarem wręcz hipnotyzuje słuchacza i wytwarza wielce klimatyczny nastrój skłaniający do wielogodzinnego słuchania płyt. Nie dziwię się, że przez wielu jest traktowany i opisywany jako kultowa lampa. To jest szczera prawda!



Specyfikacja techniczna
Lampy - EL34 x 4, 12AX7 x 1, 6N8P (6SN7GT) x 2
Zniekształcenia THD - 0,2%
Pasmo przenoszenia - 10 Hz - 70 kHz
SNR - 89 dB
Terminale wejściowe - 3 grupy RCA
Napięcie wejściowe - 400 mV
Impedancja wejściowa - 50 kOhm
Impedancja wyjściowa - 4 i 8 Ohm
Pobór mocy < 300 W
Wymiary (W x D x H) - 358 x 321 x 197 mm
Masa - 19 kg

Link na stronę producenta: TUTAJ.

poniedziałek, 26 marca 2012

Wzmacniacz Hegel H100



Wstęp nr 1
Mam niezwykłą przyjemność zapoznania P.T. Czytelników  z 3. kolejnym wzmacniaczem Hegla na odcinku kilku ostatnich tygodni, bo po modelach H200 (TU) i H70 (TU) przyszła pora na H100. Wypożyczając go wyobrażałem sobie jego dźwięk jako pośredni pomiędzy niższym i wyższym modelem, taką ich „mieszankę firmową”, konglomerat dwóch stylów. Nic z tego - Hegel H100 to pełnoprawny i rasowy egzemplarz o swojej charakterystycznej manierze i kulturze. Wyjątkowy, można rzec.

Wstęp nr 2
Pewnie spora część Czytelników zastanawia się, jaki jest cel tej mojej ciągłej szczególnej eksploracji i opisów Hegla? Czy to jest tylko taka czcza pisanina? Zatem w tym miejscu muszę się przyznać, że oprócz  frajdy obcowania ciągle to z nowymi urządzeniami mam też swoją ukrytą intencję – a mianowicie, szukam odpowiedniego wzmacniacza dla mojego gramofonu Clearaudio Emotion. Dlatego po opisie wzmacniacza Hegel H200 oraz H70 przystępuję do modelu H100. Wśród tej trójki mam zamiar wybrać urządzenie najbardziej współpracujące z gramofonem – pod względem dźwięku oraz funkcjonalności.




Opisywany sprzęt został wypożyczony z salonu audio Premium Sound w Gdańsku.

Budowa
Hegel jak to Hegel - formę ma prostą i ascetyczną. To surowy kawał metalu postawiony na trzech nóżkach i z trzema manipulatorami na froncie, na którym widnieje jeszcze oszczędny wyświetlacz. Typowo skandynawski design. Piękny w swojej pozornej pospolitości, za którą kryje się duża logiczność i ergonomiczność budowy. Trzy metalowe nóżki zapewniają wyjątkową stabilność na podłożu – nic się nie ma prawa kiwać, czy przechylać się. Tu muszę dodać tę samą uwagę co przy modelach H70 i H200 – metalowe nóżki od spodu mają wyłącznie goły metal, dlatego konieczne jest bezwzględne zaopatrzenie się w dodatkowe podkładki, zastosowałem świetne (i niedrogie) Rogoz-Audio BW40 (opis TU). Generalnie H100 wygląda jak H200 jest tylko ociupinę od niego niższy – o jakieś 3-4 centymetry. Pokrętła potencjometru i selektora wejść, a także włącznika sieciowego chyba takie same jak w H70 i H200. Zunifikowane. Wyświetlacz natomiast identyczny jak w H200 i zdaje się, że też w odtwarzaczach płyt CD – CDP2A mk2 i CDP4A mk2.




Tym razem po czarnych jak noc egzemplarzach, wypożyczyłem wersję srebrną, czy jak to opisuje producent „perłową srebrną” – i muszę przyznać, że ta o wiele bardziej mi się podoba. Zarówno front jak i obudowa wykonane są z pięknej blachy. Przód z jakby odlanego i polerowanego aluminium, a pokrywa – ze stosunkowo grubej i drapanej stali . Coś pięknego! W czarnej edycji nie widać naturalnej estetyki czystego metalu. Trudno to jednoznacznie i precyzyjnie pokazać na zdjęciu, ale proszę spojrzeć na te moje poniższe.





Z tyłu urządzenia umieszczono wysokiej jakości terminale głośnikowe a’la WBT, a tuż obok 4. pary wejść analogowych w postaci gniazd RCA i 1. parę gniazd XLR. Dodatkowo znajduje się 1. para RCA dla kina domowego – wówczas wzmacniacz pracuje w trybie „by-pass”, czyli ustawia się na 100% głośności, a sterowanie dokonywane jest z systemu kina domowego. Przydatna rzecz dla amatorów „home cinema”. Co niezwykle interesujące, H100 posiada także 3. pary wyjść RCA – w tym jedno do nagrywania, można więc podłączyć np. magnetofon kasetowy i mieć prawdziwą pętlę magnetofonową: nagrywanie/odtwarzanie. Wspaniała funkcja dla zwolenników kaseciaków! Pozostałe 2. pary gniazd RCA to wyjścia przedwzmacniacza, czyli istnieje możliwość przyłączenia dwóch końcówek mocy lub subwoofer jeżeli komuś by było za mało basu. Osobnego omówienia wymaga wejście USB dla komputera. Współczesny system audio często pozbawiony jest już zwykłego (normalnego) odtwarzacza płyt CD, a jego funkcję przejmuje komputer, dlatego coraz więcej producentów montuje wewnętrzny przetwornik cyfrowo-analogowy, aby ułatwić życie melomanom korzystającym z komputera jako źródła muzyki. Hegel, zarówno w modelu H70 jak i w tym opisywanym, zaimplementował DAC, więc można spokojnie przyłączyć np. MacBook i w ten sposób cieszyć się chociażby dźwiękiem sprowadzonym z Internetu.


Pilot zdalnego sterowania wykonany jest z takiego samego metalu co front wzmacniacza. To perłowe aluminium. Jest estetyczny i ergonomiczny, choć nie lekki. Można nim także obsługiwać inne modele wzmacniaczy lub odtwarzacze płyt CD.




Funkcjonalność 
Funkcjonalność wzmacniacza stoi na bardzo wysokim poziomie. Tak jak już o tym wspomniałem wcześniej, urządzenie ma możliwość podłączenia 5. źródeł analogowych oraz 1. cyfrowe (komputer), a także np. amplituner kina domowego lub subwoofer. H100 ma także pełnoprawną pętlę magnetofonową. Przypominam, że model H200 ma tylko 3. wejścia źródłowe (sic!), a H70 - aż 7. Jeśli chodzi natomiast o ergonomię przełącznika sygnału, to jest ona specyficzna dla Hegla. Po włączeniu sprzętu do sieci automatycznie ustawia się na źródło zbalansowane i zawsze na poziomie wzmocnienia „+30”. Ciężko z tym żyć…

Dźwięk
Akurat zbiegła się w czasie możliwość porównania H100 do wzmacniacza lampowego Xindak MT-3 na lampach EL34 i nie jest to konfrontacja nieuprawniona. Można powiedzieć, że ten model Xindaka jest w pewnych środowiskach wręcz kultowy, bo dysponujący bardzo ładną barwą dźwięku oraz wybornymi, jędrnymi basami. Natomiast Hegel, moim zdaniem, pomimo, że oparty jest na amplifikacji czysto tranzystorowej to grający bardzo „lampową” manierą pod względem ciepła i przyjemności dźwięku. Tak przynajmniej mi się kojarzy. Sygnatura H100 jest nie tylko miła dla ucha jak z lamp elektronowych, ale także bardzo plastyczna i sugestywna. Kształty poszczególnych dźwięków, tonów są świetnie obrysowane w przestrzeni, instrumenty namacalne i z piękną aurą, a do tego dokładnie zlokalizowane na scenie. Hegel odróżnia się natomiast od Xindaka MT-3 większą szczegółowością - nie ma problemów z ukazaniem zróżnicowania gęstych nagrań np. chórów, dużych składów instrumentalnych, etc.

Kolejną cechą, która może się podobać to jego umiejętność generowania niskich tonów. Te są świetnie porozciągane w dół, a jakość basu, jego sprężystość i wielopoziomowość, moc i atak predysponują norweski wzmacniacz do wysokiej klasy. Każdy rodzaj muzyki jest świetnie oddawany przez Hegla, czy to opera, czy rock, czy też jazz akustyczny – a wzmacniacz robi to tak czysto i naturalnie, że słuchanie to prawdziwa przyjemność. Piszę te słowa z rozmysłem – więc, podkreślę jeszcze raz: Hegel H100 ma bardzo radosny charakter dźwięku, którego słuchanie nigdy nie męczy, a wiem co piszę, bo odbiór niektórych egzemplarzy to czasami rzeczywiste katusze. Kiedyś słuchałem wysoko notowaną integrę Krell S300i – za przeproszeniem, krew z uszu, żyleta i udręka. Próbowałem zneutralizować jego specyficzną ostrość jakimiś łagodnymi kolumnami – bez efektu, to chyba wzmacniacz dla masochistów.

Ale wracając do tematu, muszę napisać, że Hegel gra mocno nasyconą średnicą, skrystalizowaną i ciut wypchniętą do przodu. Substancjalną i nacechowaną emocjami. Mówiąc, zwięźle - tony średnie to prawdziwy high-end. I to nie żaden przedsionek high-endu, a pełnoprawne i dobitne znaczenie tego słowa. Zastanawiające jest, jak udało się konstruktorom zbudować urządzenie, które produkuje taką masę wyrazistego i nasączonego wielobarwnością dźwięku, który odbierany jest jako prawdziwy i często odpowiadający koncertowemu. Słuchacz ma autentyczne wrażenie obecności wykonawców w pokoju odsłuchowym, blisko i realnie - zdecydowanie, ale nie agresywnie.

Na płycie CD Boba Rockwella „Bob’s Ben” (Stunds Records) saksofon tenorowy lidera zabrzmiał śpiewnie i słodko. W finezyjnym przestrzennym kształcie i barwie. Zaś zespół towarzyszący Bobowi ustawiony był na linii głośników, ani wypchnięty, ani cofnięty. Sugestywnie,  dokładnie i z dużą wiarygodnością. Struny kontrabasu wyraźnie zróżnicowane, nisko schodzące, ale bez subsonicznych pomruków. Nie muszę, zdaje się, dodawać, że wrażenia stereofoniczne były doskonałe, choć oprócz sumy gry wzmacniacza i kolumn należy tu także dołożyć perfekcyjną realizację płyty, jak zwykle to ma miejsce w studio Stund Records w Kopenhadze. Oczywiście, czasami można było się można przyczepić do najniższego basu, który nie zawsze pojawiał się, choć on tam na płycie na pewno jest zapisany, o czym dokładnie wiem,  bo słuchałem tej płyty też na innych systemach, w tym i słuchawkowych.

Trochę mnie zaskoczyła reedycja winylu Pink Floyd „The Wall” z 2012 roku słuchana na gramofonie Clearaudio Emotion. Pierwszy utwór – „In the Flesh?” wysłuchałem w skupieniu by móc w mózgu skalibrować sobie nowy analogowy wzorzec dźwięku po wcześniejszych odsłuchach tej płyty na nośniku cyfrowym (reedycja - podwójny CD z 1994 roku), który dobrze znam i uważam go za majstersztyk realizatorski, taki soniczny odpowiednik „metra w Sevres”. Zaskakująca była natomiast 3. ścieżka „Another Brick in the Wall Part 1” – początkowy sugestywny nalot śmigłowca, a potem wielopłaszczyznowość planów, ich realna dookolność, a także gęsta magma dźwięków, ale świetnie separowanych, przyniosła spektakl totalny, całkowicie angażujący w muzykę i jej głęboką i skomplikowaną strukturę. Dawno nie słyszałem, aż takiej substancjalności i wypełnienia dźwiękiem! Zresztą muszę przyznać, że reedycja na LP pod względem dopieszczenia detali i przestrzeni jest świetna, bo na płycie CD z 1994 roku ma się lekkie wrażenie kompresji dźwięku, jego mniejszej skali. Efekty dźwiękowe i głosy na winylu są trójwymiarowe, bez wątpienia sugestywne i żywe. Gitarowe solo Gilmoura na ścieżce „Comfortable Numb” brzmi bardzo wyraźnie i blisko, słychać każdą strunę – nuty przeszywają powietrze niczym błyskawica. Wspaniała płyta, a wzmacniacz pokazujący ją w wielkim stylu zasługującym na pochwałę. Owszem, istnieją wzmacniacze, które płytę tę zagrają z ukazaniem jeszcze większej ilości szczegółów, ale zapewniam, że Hegel pomimo, że nie zawsze pochyla się nad nimi specjalnie, to robi to z korzyścią dla ogólnego dźwięku, ponieważ niczego nie spłaszcza, ani nie eliminuje, a przynajmniej nigdy nie ma się takiego poczucia.




Konfiguracje
Najbardziej podobało mi się połączenie wzmacniacza z gramofonem Clearaudio Emotion – cechy charakterystyczne tego zestawu to klarowność, gładkość i naturalność, a także i neutralność. Nie zanotowałem zbytniego podkolorowania, często właściwego dla wielu konstrukcji. Na wielkie uznanie zasługuje stereofonia z precyzyjnie oddaną sceną – szeroką i głęboką. Nie ma wątpliwości, że Hegel H100 jest wręcz stworzony dla dźwięku gramofonu, swoją precyzją czystą i zwinną górą oraz plastyczną średnicą kapitalnie oddaje wszelkie dźwięki, a także zjawiska przestrzenne. Podobnie sprawa ma się z magnetofonem kasetowym – przekaz jest płynny i homogeniczny, z soczystymi basami i mocnym bitem.



Kolumny
Spośród 4. par kolumn stosowanych w teście (Vienna Acoustics Mozart Grand, Xindak MS-1201, Pylon Pearl Monitor oraz Usher S-520) każda z nich ukazała zarówno swoje silne, jak i słabsze strony.

Vienna Acoustics Mozart Grand posiadają podobną ogólną sygnaturę dźwięku jak Hegel H100 – plastyczność przekazu, referencyjną średnicę, pewne niedoskonałości w najniższym basie, a także brak agresji. Zestawione z „norwegiem” zagrały jednak pięknie, z dużą precyzją stereofonicznego obrazu, z wielką sceną – szerszą niż rozstawienie kolumn. Hegel wysterował je totalnie - narzucił głośnikom swój rytm i tempo. Mocno i apodyktycznie, choć Vienny przez wiele wzmacniaczy, które testowałem, nie były całkiem opanowywane. A Hegel zrobił to z łatwością, zresztą niższemu modelowi H70, też to się nieźle udawało. Kolejną mocną stroną mieszanki norwesko-austiackiej był duży zakres dynamiczny przekazu, a także jego fizyczna bezpośredniość. Można ten styl opisać sformułowaniem  - „granie koncertowe”.

Xindak MS-1201, pomimo że zalecane przez producenta do wzmacniaczy lampowych z uwagi na jego budowę (tuba wysokotonowa oraz 12 calowy głośnik niskotonowy) oraz wysoką skuteczność 95 dB to tworzące całkiem interesującą synergię. Xindaki otrzymały od Hegla więcej niższego basu, a w zamian Hegel – subtelność i szczegółowość, choć oczywiście w granicach rozsądku. Myślę, że uprawnione pędzie to zjawisko podsumować określeniem - niezłe „zgranie”.

Z Usher S-520 dźwięk okazał się być niewymuszony, dokładny (rzeczywisty), z szeroką sceną, a jednocześnie elastyczny i obrazowy, ale o skali odpowiedniej do gabarytów kolumn. Z zaangażowaniem, lecz z ograniczeniami na basie.

,„And last, but not least” – Pylon Pearl Monitor, które bardzo lubię i uważam je za wspaniałą konstrukcję przy jednocześnie okazyjnej wręcz cenie. I tym razem nie zawiodłem się na nich, bo z Heglem bardzo ładnie zagrały – z dużą kulturą i z obszernym dźwiękiem. Rasowo i spontanicznie. Pylony bardzo namacalnie ukazują zjawiska przestrzenne i mają bardzo dobrą stereofonię. Oczywiście, pewne szczegóły, które Vienny wyłuszczały na pierwszy plan, Pearle pozostawiały w tyle, lecz dalej były one obecne. Podobnie miała się rzecz lokalizacją instrumentów – właściwa, lecz nie do końca precyzyjna i bez owej „aury” wokoło. Podsumowując, Pylony zaproponowały bardzo dobry dźwięk, naturalny i przyjemny w odsłuchach, przestrzenny i rzeczowy, ale bez audiofilskich zapędów. I bardzo dobrze!






DAC
Hegel H100 ma bardzo dobry wewnętrzny DAC lub kartę dźwiękową, jak to o nim pisze producent w materiałach informacyjnych. Podłączałem MacBooka Apple do wejścia USB i słuchałem różnych plików z komputera, odtwarzałem płyty CD w komputerowym napędzie, a także słuchałem muzykę z serwisów „YouTube” i „LastFM”. Muszę przyznać, że dźwięk za każdym razem wywierał bardzo dobre wrażenie. Hegel ma specyficzną umiejętność realizowania z komputerowego dźwięku cyfrowego (nie najlepszego, przecież) angażującego spektaklu o fenomenalnej przestrzeni i z wielką dynamiką. Z namacalnymi instrumentami oraz wyjątkowo wyraźnymi wokalami. Dobrym niskim i mięsistym basem. Dźwiek całościowo jest jednorodny i gładki. Dla mnie pierwsza klasa, choć nie jestem gorącym zwolennikiem computer-audio, a raczej zdystansowanym sceptykiem.

Hegel H100 versus Accuphase E-213
Wydawało by się, że to zestawienie z pozoru jest nieuprawnione - z jednej strony silny i surowy, a nawet nieokrzesany "norweg", a z drugiej strony luksusowy i dopieszczony "japończyk". Muszę szczerze w tym miejscu przyznać się, że Accuphase E-213 zawsze był moim ulubionym wzmacniaczem. Bo Accu hipnotyzuje pięknymi podświetlonymi wskaźnikami wychyłowymi, które po zmroku pięknie falują w rytm muzyki. Jest w tym coś urzekającego. Ponadto Accuphase posiada niesamowicie dopracowaną budowę i design - wytworny i estetyczny. Do tego całą rozciągłość wyboru wejść, trybów pracy, pętlę magnetofonową z trybem "monitor", możliwość implementacji wewnętrznej karty DAC, przedwzmacniacza gramofonowego, etc. Niestety, wszystkie jego powyższe zalety bledną gdy zestawić go z Heglem H100, bo tak jak Accuphase wygląda, tak Hegel H100 gra i odwrotnie. I nie ma w tym sformułowaniu ani krzty przesady, czy  zbytniej hiperboli. Hegel H100 podaje muzykę tak kompletnie i namacalnie oraz w sposób tak niezwykle wyrafinowany, że "świecidełka" Accuphase stają się nieważne/pomijalne i wręcz tandetne przy charakterze prawdziwego dźwięku "norwega". Co więcej, model H100 może stanąć śmiało także i do konfrontacji z Accuphase E-360 - i jestem całkowicie spokojny o wynik tego pojedynku. Bo Hegel to bardzo mocny konkurent.

Accuphase E-213 stoi po stronie miłego i sympatycznego dźwięku, z dużą ilością detali i mikro-wybrzmień, a Hegel po stronie wyrafinowanego przekazu o mocnej i dosadnej charakterystyce. Plastycznej i cielesnej. Namacalnej.

Podsumowanie
Hegel H100 ma bas o niezłym rozciągnięciu, zdyscyplinowany, wielowarstwowy i jędrny, choć nie do końca referencyjny. Średnie tony są bardzo pełne, charakterystyczne dla „lampy” - nasycone i wyraźne, ale trudno tu mówić o wyjątkowej szczegółowości i skrupulatnej wierności. Duża detaliczność nie jest priorytetem dla Hegla. Soprany bardzo śpiewne i niemęczące. Gdyby ten opis zakończyć w tym miejscu, to nie wyszłaby najlepsza opinia dla „norwega”. Trzeba więc koniecznie napisać, że te powyższe elementy, pomimo, że w pojedynkę nie high-endowe, to podane łącznie tworzą arcyciekawy i wyjątkowy konglomerat plastyczności dźwięku, wglądu w jego prawdziwą wielowątkową strukturę, nieprawdopodobną stereofonię i tego co najważniejsze w odbiorze muzyki – emocje. Bo te generowane przez H100 są nieprzeciętnie żarliwe, budujące realny przekaz – pełen nut, nasączony muzyką i z rzeczywistą mocą dźwięków. Dźwięk jest elastyczny i świeży z dużą sugestywną plastyką, ze wspaniałą niepowtarzalną barwą i wyborną harmonią. Wzmacniacz narzuca głośnikom swój rytm i tempo. Angażuje je do maksymalnego wysiłku. Apodyktycznie i kompletnie. Wzorowo.

Wzmacniacz bardzo dobrze gra w połączeniu z komputerem przed wejście USB, a także z odtwarzaczami płyt CD. Ma styl gry, który każdy materiał (zarówno ten lepiej, jak i ten gorzej zrealizowany) ukazuje w sposób przyjemny dla ucha i z dużym poczuciem realności oraz namacalności dźwięku. Można powyższe zjawisko nazwać niepospolitą muzykalnością. Jest szczególnie predysponowany do źródła analogowego – gramofonu oraz magnetofonu, tym bardziej, że producent zaopatrzył H100 w świetną pętlę magnetofonową.

Hegel H100 tworzy bardzo zaawansowany dźwięk, gra bardzo bezpośrednio – wprost do uszu, prosto do serca. Wart każdej złotówki, a przy cenie 10 500 PLN to prawdziwa okazja.



Zakończenie
Ulegam silnemu wrażeniu, że opisywany wzmacniacz nareszcie kupię dla siebie. I będzie to nieodłączny kompan dla gramofonu Clearaudio Emotion…

Cena w Polsce - 10 500 PLN.

Sprzęt użyty podczas testu
Wzmacniacze: Accuphase E-213, Yaqin MC-100B (z wymienionymi lampami), Xindak MT-3
Odtwarzacz płyt CD: Musical Fidelity A1 CD-PRO
Gramofon: Clearaudio Emotion
Magnetofon kasetowy: Nakamichi Cassette Deck 1
Tuner: Rotel RT-1080
Kolumny: Vienna Acoustics Mozart Grand, Xindak MS-1201, Usher S-520 oraz Pylon Pearl Monitor
Kable: głośnikowe - Siltech Amsterdam, IMG, Klotz, interkonekty - Acrolink, Furutech, Belkin i Klotz, sieciowe - Oyaide i DIY
Kondycjoner: Bada LB-5600 oraz Filtercon
Akcesoria: stoliki VAP oraz Ostoja, sprzęt antywibracyjny: Rogoż-Audio (platforma pod gramofon oraz stopy antywibracyjne pod Hegel H100).

Dane techniczne
Dostępne na stronie producenta: TUTAJ